Wspomnienia.              Spis treści.:

1.Prowokacja hitlerowska we wsi Stodoły to jeden z zapomnianych epizodów II wojny  światowej.

2.Norbert Kwaśniok - wspomnienie.

3.Nigdy nie zapomnę tego błysku w oku - wspomnienie o Łukaszu Romanku.

4. Spacerkiem po ul. Reja.

5. Spacerkiem po Rynku.

6. Spacerkiem po ul. Sobieskiego.

7. Na ul. Św. Jana.

8. Na Kościelnej.

9. ul. Raciborska.

10. Na Powstańców Śląskich.

11. Plac Wolności.

12. ul. Ulica 3 Maja.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Powstańców Śląskich.  Zacna ulica. Trakt w górę .
Piękne położenie, jak w sławnych, starych miastach Europy...
 

    Przeróżne nazwy nosił trakt do naszej bazyliki. Stanowi to jakby odzwierciedlenie marzenia nas zwykłych ludzi o stabilności, której jest wciąż tak mało. A niepewność jutra także dziś obywatelom naszego państwa nie pozwala na racjonalne działanie, bo przyjdą nowi i zaś zmienią ustawy na "lepsze". Takie Coventry, to od wieków Coventry, Drezno to Drezno, Praga to Praga, a spójrzmy ile razy zmieniały się nazwy niektórych polskich miast. W czasie I wojny Niemcy mieli nawet pancernik o nazwie stolicy Wielkopolski, ale bynajmniej nie nazwano go "Poznań". Co dopiero mówić o ulicach.
    Ulica Powstańców Śląskich zmieniała swą nazwę wielokrotnie. Jakie to szczęście, że na jej końcu jest właśnie To, co wszyscy dobrze znamy, a większość z nas szanuje i kocha. Pierwszą zapoznaną nazwą jest Gruensberg. Potem było Sohrauerstrasse, później Żorska, następnie Piłsudskiego, z kolei "przyjaciół" Polski : Bismarckstrasse, a po II wojnie wielcy miłośnicy wschodniego towarzystwa nazwali rybnicką ulicę imieniem nieśmiertelnego wodza nieśmiertelnego imperium. Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy przekonali "czerwone czynniki" do nazwy Powstańców Śląskich.
    Odbędziemy jeden z ostatnich spacerów ulicą, na której pozostało do dziś chyba najwięcej ciekawych architektonicznie kamienic i kamieniczek w Rybniku. Efektowne położenie pod górę zwieńczone  widocznymi z dala wieżycami bazyliki św. Antoniego, jak katedry w Kolonii czy Lyonie.  Zaczniemy od pięknej kamienicy na rogu Gliwickiej i Powstańców Śląskich. Wybudowana przez rodzinę Polloniusów. Pozostawała w rękach Muenzerów, Glassów. Mieściły się tu także mieszkania czynszowe. Przez długi czas przed wojną na rogu z Gliwicką sklep Aronstamma, a od strony Powstańców znajdował się sklep meblowy i piekarnia Józefa Guttmanna, którego żona Adela była z Muenzerów.. Najstarsze zapisy dotyczace tego miejsca pochodzą z I poł XVIII w. Jako pierwszy widnieje Franz Pollonius. Następna posesja. to własność  panny Stanisławy Drzensla "niezamężnej fabrykantki z Rybnika". W 1939 widzimy tu jako właściciela dra Stankiewicza. Panna Drzensla (Drzenźla) miała z Powstańców połączenie ze swą posesja na Gliwickiej (gdzie prowadziła sklep monopolowy), której w 1939 właścicielem stał się również Józef Stankiewicz, wiceprokurator Sądu Okręgowego w Katowicach. Dodajmy, że budynek, który dzis widzimy przy Powstańców 3 został postawiony w 1936. Za nim mamy Dróżkę profesora Libury, a przy niej dom z charakterystycznym wykuszem. Należał do Mrozików, Piontków, a od 1936 do Józefa Piechy, mistrza hutniczego oraz jego żony Anny z domu Bednorz (oboje z Radlina). "7" była własnością Hallatschów, Cibisów, Wróblów, Pytlików, a od 1936 mistrza krawieckiego Dardy, który miał też m.in. dom na pl. Wolności.  Następna kamienica była własnością Marii Majwald
z domu Woźniaczek, żony konduktora kolejowego. Następny dom był własnością Brunona Zibisa, potem Emila i Jadwigi Szauderów, którzy prowadzili sklep z konfekcją (mieli kilka domów w mieście, w tym kamienicę naprzeciwko). Obecnie prowadzi tu sklep z tkaninami pan Alfons Ryszka ur. 1933, znawca wielu ciekawych powojennych historii. Jak mówi obecny poziom sklepu jest obniżony o metr - na przedwojennej fotografii widać okienka piwnic. Tu miał także swe atelier mistrz krawiecki J. Biliński (potem na rynku). Dalej pod "13" kamienica Emila i Teresy Barteczko z domu Kowol, którzy prowadzili zakład z trumnami (mała reklamowa ! trumienka widoczna jest na jednym ze zdjęć). stali sie oni właścicielami jednak w 1927. Wcześniej posesja należała do Boderów, Buglów,, Grabców oraz właściciela młyna z Głożyn Teodora Bednorza z żoną Marią. Bednorz był kupcem z Popielowa. Barteczko sprzedawał także sprowadzane z Żor rowery. Kolejny dom (Botorów) to własność Anny Marty Leśnik z domu Botor, żony mistrza kowalskiego  Antoniego z Raciborskiej oraz Wiktorii Szymura z domu Botor, żony Alfonsa Szymury. Był to niwielki domek - charakterystyczny dla XIX-wiecznej zabudowy miasta - nie tak dawno wyburzony - po którym na nowej ciekawie zaprojektowanej i wkomponowanej kamienicy pozostała owalna płaskorzeźba. Tu miał także swa pracownię rybnicki rzeżbiarz pan Botor, o którym juz wspominano w innych miejscach. A teraz wielka, długa kamienica z bardzo ciekawym podwórzem, które w podziemiach mieściło pomieszczenia na składy, lodownie itp. Tu za komuny przez całe lata mieściła się speluna "Szarotka", gdzie chodzono na piwo z wodą, w powietrzu można było powiesić siekierę, przy uchu trzeba było trzymać tubę, a do 'WC" najlepiej było wchodzić w guminiokach, z maską ochronną na twarzy i okularach z przydymianymi szkłami. Jak jednak powszechnie wiadomo młody, bidny student wiele może zmóc. Ale dość tego komuchowatego folkloru.
    Przed I wojną kamienica była własnością Dzierżawów i  Klucznioków (Kluczniok podarował część swej ziemi pod budowę kościoła św. Antoniego). Kluczniok z żoną Ludwiną z domu Chlubek był właścicielem od XIX w. Kluczniokowie posesję sprzedali i wybudowali na Strzeleckiej (dom Korgulów). W początku lat 20-tych ub.w. właścicielem był znany patriota rybnicki, mistrz krawiecki Ludwik Wróbel. Potem Piechowie. Późniejsze losy domu były trochę skomplikowane, bo w 1928 zarządzono przetarg przymusowy, a w 1936 wszczęto egzekucję prawną. Niemniej przed wojną w kamienicy mieściła się znana restauracja. Jako jej właściciela znajdujemy Ryszarda Pierchałę. Oto na jaki zapis trafiamy. Mówi on, że : " ...prawo
użytkowania lodowni i lokali do układania i obciągu piwa oraz użytkowania podwórza do układania beczek oraz prawo jeżdżenia i chodzenia po podwórzu dla wszystkich osób zatrudnionych w uprawnionej firmie na rzecz firmy : Zamkowe Zakłady przemysłowe spółka akcyjna w Cieszynie z powołaniem się na akt z dnia 14 wrzesnia 1927 r wpisano 25 lipca 1928 r."
Za wielką kamienicą mniejsze domki. Pierwszy z nich był własnością Buchalików. Mieściła się tu czyszczalnia ubrań oraz farbiarnia. To jeden z nielicznych ocalałych w centrum okazów prastarej zabudowy, kryty pewnie onegdaj strzechą. Za nim dom mistrza piekarskiego Wiktora Gielnika (Gilnik) i jego małżonki de domo Dziuba. Prowadzili skład cukierków i pierników. Kamienica za tym domem należała do Paula, a później Anny Trojańskiej z domu Skopek z Gaszowic (XIX/XXw.), by na przełomie lat 1922/23 stać się własnością mistrza rzeźnickiego Józefa Dziury i jego żony Marii z Dziendziołów. Ostatnim domem na ulicy Powstańców Śl. 25 jest kamienica Adamczyków. Właścicielką posesji w poczatku lat 20-tych ub.w. była Anastazja Niemczyk. Potem mistrz krawiecki Adamczyk. Więcej o nich i ich domu w materiale o krawieckiej rodzinie Adamczyków. Na zdjęciu widoczna pracownia krawiecka i jadłodajnia.  Za nimi już ulica Mikołowska, gdzie w pobliżu m.in. mistrz rzeźniczy Leopold Bonk, a przy schodkach kamienica niemieckiej rodziny Grabmaeyerów (Grabmeier). Grabmeyer był mistrzem blacharsko-dekarskim (widok na zdjęciu).

    A teraz druga strona medalu. Dom na rogu Łony i Powstańców Śląskich, podobnie jak i następny na Powstańców były od XIX w. aż do 1939 własnością rodziny  Muschalików. W rogowym sklep z artykułami spożywczymi prowadził Joseph Muschalik. Wtedy w domu nie było rogowej arkady. Od strony Powstańców w latach 30-tych ub.w. znany zakład fryzjerski  prowadziła panna Rybarzówna. Następny dom należał do Oswalda Scholza. Potem  był "ajnfart" m.in. z przechowalnią-wypożyczalnią rowerów. A dalej domek Sollorzów. Potem dom i kamienica, które w XIX w. były własnością Noaha
Leschczinera, potem Aptów (Regina Apt z domu Manneberg, która prowadziła sklep z porcelaną i sprzętem domowego użytku), a w 1939 jako właścicielka widnieje Teresa Kotyrba. Następnie dom Szauderów, za którym w podwórzu był magiel i garaże przedwojennego taksówkarza pana Abrachamczyka. Z kolei masywna kamienica wybudowana w 1911 przez żydowskiego właściciela, którą w 1913 - jak mówi pan Tomasz Siemiątkowski prowadzący renowację antyków - zakupił jego dziadek Stanisław Liszczyński (zm. 1948). Zmienił on nazwisko na Leszczyński. Wraz z bratem Teofilem prowadzili zakład krawiecki w lokalu po prawej stronie od wejścia do budynku. Kolejny dom był własnością mistrza rzeźnickiego Trojańskiego. W 1935 budynek przejęła KKO miasta Rybnika. W 1943 jako właściciela widzimy kupca Franza Breslauera (sklep z konfekcją). Dalej kamienica Michalika, mleczarza z Szerokiej. Dalej dom Nędzów (dziś Żabka, gdzie przed wojną była malutka knajpka), później dom Emila Fiali, od 1929 mistrza piekarskiego Pawła Auera (jego żona Małgorzata była położną), dalej dom rodziny Marków (Marija Markowa z domu Sikora była żoną rybnickiego obrońcy prywatnego) i na końcu na rogu z ulicą wysoką wybudowana przez mistrza krawieckiego Gawełkę kamienica, gdzie swe przedsiębiorstwo bieliźniarsko-pralnicze prowadził M. Kocur (od strony Wysokiej). Na słynnych fotogramach Ludwika Czecha z lata roku1922 domu Gawełków jeszcze nie ma. Choć mistrz krawiecki P.Gawełek przeniósł się z Paruszowca na Żorską już w 1922. Górna połowa tej strony ulicy Powstańców sprzed wojny wymaga nb. dokładniejszych badań.

Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Plac Wolności.
Za niemieckich czasów część dzielnicy Łona. Zwany Neuer Ring , nam od zawsze kojarzy się z Placem Wolności.
                               
    Czas niesie nieubłagane zmiany. Nie ma już dziś kilku istotnych elementów z dawnej zabudowy Placu Wolności. Jeszcze przed wojną zniknął pomnik chwały pruskiego oręża - Studnia Sedańska z 1882. Czasem trudno ustalić dokładne miejsce jakiejś firmy, np. Warszawskiej Fabryki Mebli, która miała  filię w Królewskiej Hucie na ulicy (nomen omen) Wolności 1. Może idąc tym tropem dowiemy się czegoś o firmie i jej rybnickiej siedzibie. Podobnie rzecz się ma z "Inwą" – import-eksport towarów kolonialnych. Nie ma już małej stacji benzynowej. Domek z dzisiejszą rybnicką Informacją mieścił się bliżej wylotu ulicy Reja.  Nie ma zegara KKO, zniknęły dwa domki od strony wschodniej, zniknęły dwie kamienice od zachodniej pierzei. Nie ma charakterystycznego komina rybnickiego browaru. Wiąże się z nim dość niebywała historia. Otóż przed wojną wszedł  na ten komin rybniczanin, który nosił ksywkę Harry Pill (od niemieckiego aktora kina niemego - często bohatera filmów przygodowych). Rybnicki Harry Pill był świetnie wygimnastykowany. Nie dość, że wszedł na komin, to jeszcze na wierzchołku  zaprezentował niejedna figurę łącznie z staniem na głowie. Pracowałem także na wysokościach, ale bez linki, uprzęży, karabinków  i ósemki nie potrafię sobie tego wyobrazić, nawet jeżeli na szczycie komina wzmocnionego metalową obudową było dość miejsca na pillowe fikoły. Na dole na Harry'ego czekał znany rybnicki mistrz szewski. Poszli uczcić wyczyn. A potem - jak to nieraz bywało przy innych okazjach - udali się konduktem przez Raciborską w stronę lasu Gać gdzie Harry pomieszkiwał. Kondukt prowadził mistrz szewski. Za nim kroczyła "orkiestra" grająca na grzebieniach, garnkach, dłubanych piszczałkach itp. znanego skądinąd marsza. Potem jechał wozik drabinisty, na którym spoczywały "szacowne zwłoki" kominiarskiego alpinisty. W związku z tym, iż był on pokaźnej postury dolne jego kończyny (ścisle stopy) podskakiwały na kocich łbach. Kto wie czy nie w rytm granej melodii. Za "karawanem" kroczyli nieutuleni  w żalu.

    Przy omawianiu wschodniej pierzei zerkniemy także czasem na to co znajdowało się za Kamienicami przy Placu. Rozpocznijmy spacer po placu Wolności od strony Łony czyli najprościej, bo od kamienicy z numerem 1. Była ona w latach przedwojnia własnością rodziny Honyszów. W starej reklamówce pod numerem 1a spotykamy tajemniczy dziś zakład robót siodlarskich i tapicerskich Leona Kurka, ale na pewno mieściła się tu kwiaciarnia i salon fryzjerski - oba Honyszów. Szerzej o niej było przy omawianiu historii tej rodziny. Na placu Wolności 2 mieszkało przed wojną sporo ludzi. Kamienica należała do żydowskiej rodziny Priesterów. W sklepach na dole najemcy się zmieniali. Prowadziła tu np. sklep kolonialny pani Helena Scheicht, której ojciec miał za kamienicą Maksymiliana Honysza działkę (dziś popularny lokal "Tango"). Działka ciągnęła się aż do ulicy Wysokiej. Za sklepem - jak to nieraz bywało - mieściło się mieszkanie najemcy. Pani Scheicht , po mężu Kuśka prowadziła zresztą swój kolonialny najpierw w lokalu na lewo, potem na prawo. W reklamówce z lat 30-tych spotykamy skład owoców Karola Oczkowskiego, ale ktoś stanowczo temu zaprzeczył oświadczając, iż taki sklep był, ale na Łony. Za kamienicą Priestera na niewielkim wzniesieniu stał domek bezdzietnego małżeństwa Głombików (Glombików) rzeźnika Alojzego i jego żony Jadwigi z domu Pytlik, a od 1942 także ich syna Artura (ur.1930.) Domku, który przed Głombikami był własnością Solo Pristera już dawno nie ma. Alojzego już w pierwszym dniu II wojny zabił późniejszy nadzorca rybnickiego więzienia, bo prawdopodobnie był u Głombika zadłużony. Za nim natomiast prowadził swą działalność cieśla i kołodziej pan Fleischer. Plac Wolności nr. 4 to kamienica mistrza piekarskiego Pokornego. Tu znajdowała się przed wojną bardzo znana księgarnia i drukarnia Roberta Barwika (założ. w 1876). Miała tu praktyki jako młoda dziewczyna pani Kazimiera Mildner i dobrze pamięta znajdującą się na zapleczu drukarnię i introligatornię z wielkimi maszynami. Dodajmy, że R. Barwik był prezesem rybnickiego koła podoficerów rezerwy. Jego firma przetrwała mimo, iż czasowo przejęli ją Niemcy. Zakończyła natomiast finalnie działalność w 1947. Nieco wyżej za domem Pokornych (w stronę Kościuszki) warzywno-owocowy handel prowadziła Marta Kansy mająca od swego zajęcia ksywkę Apfel Marta. Kolejne kamienice to numery 5 i 6. "5" była własnością Cibisów (Zibis). "6" należała do Karola i Anny Dardów (ta, gdzie dziś jest sklep muzyczny), którzy przejęli go w 1929 od Gustawa i Anny Jurczyków. Dardowie mieli też posesje na obecnej Staszica i Powstańców. Za Dardami gmach Miejskiej Komunalnej Kasy Oszczędności (pl. Wolności 7), w którym służbowe mieszkanie miał dyrektor tego banku pan Fros. Na środku placu Wolności stał zegar z reklamą KKO, gdzie rybniczanie chętnie robili sobie zdjęcia. W tyle za kamienicą ciągnęły się zabudowania miejskiego zakładu zieleni, tak zasłużonego dla przedwojennego Rybnika i może dzięki któremu tak udanie kontynuuje te tradycje dzisiejszy Zakład Zieleni Miejskiej. Do położonych wyżej szklarni rybniczanie często oddawali większe rośliny domowe na zimowe przechowanie. W dniach wielkich uroczystości ustawiano przed budynkiem KKO trybunkę gdzie władze miasta odbierały defilady i okolicznościowe pochody, co widoczne jest na jednym ze zdjęć. Za domem banku stał niewielki domek - potem wyburzony - gdzie mieścił się m.in. sklep Radio May. Domek przylegał do budynku Miejskiej KKO. Należał do Alojzego Michny - mistrza krawieckiego i jego żony Marty , a także  do ich syna Augustyna Michny. Od 1938 przeszedł na własność KKO.  Dalej była górka (na której szczycie stoi dziś budowla naszego TZR) zwana "gromnicówką" od nazwiska właściciela kolejnej posesji. Najwięcej radości bylo zimą. Zwłaszcza dla dzieci. Zjeżdżano na sankach i nartach. Minimalny był ruch kołowy do czasu zainstalowania na pl. Wolności w II poł. lat 30-tych ub.w. dworca autobusowego. Przeniesiono wtedy także z ul. Kościuszki  umieszczoną w pobliżu kina "Helios" stację benzynową Plintów. Zanim Gromnicowie przybyli do Rybnika i przejęli na Pl. Wolności 10 posesję była ona własnością Pawła Palucha, który prowadził tu "mleczarnię z elektrycznym popędem". Także Ryszard Gromnica był mleczarzem i prócz mleczarni prowadził  popularną cukierenkę, którą wspominała m.in. córka Nikodema Sobika, bo w niedzielę ojciec brał tu rodzinę na coś słodkiego. Inna starsza pani - kiedyś mała Hela Kopcówna - z rozrzewnieniem wspomina wielkie czekoladowe jaja po 50 groszy jakie można było tutaj kupić. W reklamówce z lat 20-tych ub.wieku spotykamy na pl. Wolności 10 w/w  firmę "Inwa".

    Po przeciwnej stronie dawnego Placu Wolności (dawna niemiecka nazwa Neuer Ring) znajdowały się -do kina "Helios" -  trzy główne kamienice. Pierwsza z nich (ta najbliższa Focusa) należała do Kaczmarczyków. Tu czyli pod numerem 13 mieściła się przed wojną  restauracja właściciela Roberta Kaczmarczyka, tu swą pracownię miał mistrz krawiecki Antoni Adamczyk. Robert Kaczmarczyk zakupił dom za fundusze ze sprzedaży rodzinnych gruntów na Ligocie i zamieszkał w nim wraz z rodziną. Roman, syn Roberta był jednym z siedmiorga  rodzeństwa. Ożeniony z Magdaleną Dziubówną zamieszkiwał po wojnie na Kościuszki w kamienicy, którą ojciec żony Józef wybudował w II połowie lat 30-tych na zakupionej przez siebie parceli. Józef Dziuba pracował przed wojną w starostwie jako asesor w dziale paszportów.  Dom na pl. Wolności to szczęśliwa kamienica, bo także była przeznaczona do usunięcia. Od  lat 70-tych ub. w. praktycznie stała pusta czekając na wyburzenie. Wszystkich lokatorów eksmitowano. Na szczęście nadszedł 1989 rok. Dziewiętnastowieczna data powstania domu widnieje na nim. Część od strony ulicy Rynkowej dobudowano. Kolejną kamienicą była "15", której już dziś nie ma. Była własnością Klimoszów. To tutaj mieściła się sławna fabryka organów spółki Klimosz-Dyrszlag (pisaliśmy o niej więcej przy okazji omawiania muzycznej -organowej - przeszłości Rybnika). Dokładnie usadowiona była na tyłach kamienicy. W tym też domu znalazł lokal w II poł. lat 30-tych ub. wieku zakład fotograficzny J.Dyrszlaga. Wreszcie pod numerem  17 budynek , w którym wiele się działo. Była tu m.in. "Restauracja Obywatelska " Antoniego Ciałonia, a potem centrum Dworca Autobusowego. Za tym domem , którego też już nie ma stało kino "Helios", którego także już nie ma.... Wszystkie te trzy ostatnie budynki jeszcze trochę pamiętam z lat, gdy na pl. Wolności jeszcze długo po wojnie usadowiony był dworzec autobusowy. Kino "Helios" omówione było przy okazji odwiedzania przez nas przedwojennych rybnickich iluzjonów. Długo tu grano nieme filmy 24 godziny na dobę z przerwami na sprzątanie i przewietrzenie.
    Po drugiej stronie na rogu Reja i pl. Wolności w kamienicy Bezegów usadowiony był salon fryzjerski pana Grębowicza (Grembowicza) dla pań i panów. Widzimy go na zdjęciu. Pod numerem 21 znajdowała się restauracja. Ciekawą kwestią jest zamieszczony w książce ks. K. Kmaka  o rybnickiej firmie organowej Klimosz - Dyrszlag nagłówek pisma firmowego z 1915 z adresem Neuer Ring 21 czyli Plac Wolności 21. Wynikałoby z tego, że Dyrszlagowie mieli swój pierwszy warsztat organowy właśnie w tym miejscu, a dopiero potem na Placu Wolności 15. Właścicielami kamienicy z nr.22 byli Klossekowie, których córka pianistka przygrywała na pianinie do niemych obrazów w kinie "Helios". Potem nauczała w nowo otwartej szkole braci Szafranków. Był to więc muzyczny zakątek Rybnika. W tym też domu znajdowała się lodziarnia Brzozy. Do dziś wspomina się znakomite lody. Natomiast właściciel Reginald Klossek z tyłu domu miał wielki warsztat ślusarski odziedziczony po ojcu Johannie, który go założył jeszcze w XIX w. Na jednej z przedwojennych reklamówek widzimy tu również warsztat szklarski Józefa Gruenspeka, który parał się też oprawą obrazów i hurtowym zbytem szkła (potem lodziarnia). Więcej w materiale o rodzinie Klosseków. Wreszcie domek, w którym po wojnie długo mieściła się restauracja "Zakopianka" nawiązująca do przedwojennej knajpki pani Nogowej z domu Ćwik. W 1922 jako właściciel widnieje kupiec Jan Noga. Syn  Nogów Herbert zginął tragicznie już po zakończeniu wojny, kiedy jego Mustang z nieustalonych przyczyn runął na ziemię. Ten rejon Pl. Wolności w czasie wojny związany był z podziemiem AK.
     Pewnie były na placu Wolności i inne placówki, firmy itp. Jak choćby restauracja R. Leśnikowskiego czy Warszawski Skład Mebli w latach 20-tych ub. wieku , ale gdzie ona była przyjdzie nam dopiero ustalić. Cały teren pomiędzy kamienicami wschodniej pierzei rybnickiego rynku a budynkami zachodniej strony placu Wolności stanowił naturalne zaplecze firm znajdujących się w tych domach. O niektórych jednostkach była mowa przy okazji omówienia naszego rynku. Były tu i małe ogródki. Było przejście łączące rynek z placem Wolności. Inne niż to dzisiejsze. Odtworzenie całości tej zamkniętej przestrzeni to osobny - jakby dodatkowy - temat. Przejdziemy teraz na ulicę 3 Maja.
Ulica 3 Maja
    Ulica 3Maja ma swą unikalną charakterystykę jeśli chodzi o centrum Rybnika. Mianowicie na lewej jej stronie - idąc od Placu Wolności - znajdują się domy mieszkalne, na prawej nie ma ani jednego, chyba, że np. wliczy się mieszkania urzędnicze w banku KKO, którego adres nb. z pomieszczono na Gimnazjalnej (dziś Chrobrego), a nie na 3Maja. Zacznijmy więc od mieszkalnych. Pierwszy dom był własnością Emila, a potem kupca Georga (Jerzego) Vievega.  Podobno pan Vieweg - będący kupcem i stolarzem - trzymał na strychu trumnę i od czasu do czasu się do niej przymierzał...Był niskiego wzrostu, więc zawsze chodził w kapeluszu. Trzeba dopiero zorientować się w rodzinie Viewegów, bo był też piekarz na rynku, a także rzeźnik Karol, co nb. potwierdza starą regułę w rodzinach rzemieślniczych, że najczęściej wśród braci występują zawody piekarski i rzeźniczy. Wiadomo jednak, że przychodziło się do Viewega, do jego palarni kawy. Rybniczanie przynosili białą kawę, a odchodzili ze świeżo wypaloną np. brazylijska Santos. W domu tym  miał także sklep pan Goszyc. Handlował akcesoriami, które były niezbędne dla właścicieli koni. Z kolei stał domek Machilów. Machilka jak powiadają o właścicielce starzy rybniczanie - prowadziła magiel. Za domkiem krytym strzechą miała ogródek. Dziś stoi tu "pochyła kwiaciarnia". Przekraczamy ulicę Szafranka. Stał tu domek, który wyburzono. Po wojnie mieścił się tu Ośrodek Szkolenia Kierowców LOK. Przed wojną znan firma Karola Soblika i spółki produkująca likiery i wódki. Firmie chyba nie zawsze wiodło się, bo w 1925 widzimy wpis na rzecz Dyrekcji Państwowego Monopolu Spirytusowego. Następna kamienica z czerwonej cegły należała do mistrza piekarskiego Karola Racka i jego żony Klary z domu Hanusek. Wreszcie ostatnia przed skrzyżowaniem z ulicą Gimnazjalną - trzeba rzec - historyczna kamienica, gdyż była siedzibą starej poczty rybnickiej, KKO do czasu wybudowania w 1937 nowej  siedziby Powiatowej KKO też na rogu 3Maja i Gimnazjalnej, tyle, że po przekątnej po drugiej stronie. W tym też domu  w XIX w. urzędował komornik Anderski, a w wolnej Polsce lekarz powiatowy dr. Biały - znana i zasłużona dla miasta postać. Pomiędzy domem Racka a ta kamienicą znajdował się wjazd do obór, chlewni, garaży i innych budynków gospodarczych browaru Hermanna Muellera, którego własności ciągnęły się tam gdzie dzisiejsze bloki na Chalotta do ulicy Kościuszki, a potem dalej za nią.
    Po przekroczeniu ulicy Gimnazjalnej (Chrobrego) trafiamy na charakterystyczny budynek gdzie mieściło się m.in. pierwsze studio fotograficzne O. Schwittaya i siedziba PCK. Budynek wyburzono, gdy wybudowano nową siedzibę PCK w latach 30-tych ub.w. Natomiast dalej na terenie dzisiejszego skweru im. Biegeszowej znajdowała się wielce zasłużona placówka czyli restauracja-kawiarnia-cukiernia "Polonia" otoczona wspaniałym wielkim ogrodem - pamiętajmy, że nie było tam dzisiejszych bloków, więc do czasu wybudowania nowego PCK teren wolny ciągnął się aż do ulicy Kościuszki. Dlatego w ogrodzie restauracyjnym mogło pomieścić się nawet grubo ponad dwa tysiące osób. "Polonia" najpierw należała do J. Mandrysza, potem do państwa Ogórków. Teren ogrodu dzierżawiono od miasta. "Polonię" - siedzibę także wielu zasłużonych towarzystw rybnickich - np. Sokół, Seraf, Szkoła Muzyczna, Bractwo Kurkowe - wyburzyli Niemcy umieszczając tutaj bunkry i basen ppoż. Za "Polonią" białokafelkowa kamienica Botorów. Pani Botor prowadziła skład wikliniarski. Jakiś czas miał tu także swą siedzibę zakład rzeźniczy mistrza Józefa Mandrysza - patrioty wielce zasłużonego dla Rybnika. Dalej była droga prowadząca do ujęć wodnych.
    Za nią budynki, o których opowiedziała pani Felicitat Stimer. Domy były własnością mistrza stolarskiego Michała Kaniewskiego urodzonego jeszcze w XIX w. (zm. 1952).  Jego żona Franciszka z domu Kurnatowska podobnie jak rodzina męża pochodziła z poznańskiego. Pan Kaniewski miał swą stolarnię na Chwałowickiej. Państwo Kaniewscy mieli pięcioro dzieci: Zofię, Stanisława, Antoninę, Franciszka i Józefa. Wielką patriotką była Stanisława Kaniewska - wszystkie trzy powstania i plebiscyt. Zofia Wyszła za Franciszka Stimera. Oboje podobnie jak Stanisława zasłużyli się w czasach powstań śląskich. Stimerowie już przed wojną mieli tu niewielki lokal, a jako że Franciszek jeździł na polowania z doktorami Krotoskim, Rostkiem i Miedniakiem potem oblewali sukcesy przy kartach właśnie w lokalu prowadzonym przez Zofię. Michał Kaniewski za swym domem miał suterenę, która służyła jako pensjonat dla jego uczniów. A miał ich czasem nawet 60. Część z nich nocowała właśnie w tym domku. Kolejna Kamienica - już na dzisiejszej Wieniawskiego - należała do niemieckiej rodziny Arbeiterów. Była tu knajpka prowadzona przez Dymlów. Dalej przy 3Maja znajdował się cmentarz żydowski wraz z kaplicą pogrzebową. Hitlerowcy zrównali go z ziemią tworząc w tym miejscu skwer. Na końcu 3Maja , na rogu z ul. Dworcową znajdowało się i znajduje do dziś rybnickie starostwo. Tuż przed wjazdem do niego budynek związany z oszczędnością tak za niemieckich jak i polskich czasów.
    Po przeciwnej stronie 3Maja na rogu z pl. Wolności znajdowały się szalety miejskie (na których nie umieszczano wówczas reklam wydarzeń kulturalnych w Rybniku, nie robiono tego nawet za komuny). W budyneczku nad WC znajdował się kiosk z gazetami, papierosami, piwem itp. , który prowadziła siostra pani Machil nosząca nazwisko Damis. Dalej ciągnął się mur browaru aż do trójkątnego skwerku, a po przeciwnej stronie w miejscu dawnego targowiska postawiono gmach Powiatowej KKO. Dalej były budynki łaźni miejskiej i MZT (gazownia). Potem kolejny akcent charakterystyczny dla zielonego Rybnika, czyli park "Bukówka". Za nim były chlewnie szpitala św. Juliusza, w których zwierzętami opiekowały się obsługujące szpital siostry. Za kaplicą szpitalną jako ostatnie na 3Maja znajdowały się zabudowania klasztorne ss. Urszulanek.

 

Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ul. Raciborska
Jedna z dłuższych ulic biegnących z centrum miasta. Na Raciborskiej ulicy ogrodów i pięknych mebli.
                                 Część I
   
Ulica Raciborska jest chyba najdłuższą ulicą biegnącą od ścisłego śródmieścia, która kończy się na peryferiach przedwojennego Rybnika. Arteria rozpoczyna swój bieg u wylotu z rynku. Z lewej numery nieparzyste, z prawej parzyste. Tak więc jako pierwsze ciągnęły się zabudowania kamienicy rynkowej Byśka (z lewej) i kamienicy Sladky'ego (z prawej). Jako nr 1 na Raciborskiej znajduje się jakby dalsza osobna część posesji rynkowej Byśków.To tu prawdopodobnie znajdował się sklep papierniczy Glińskich. Numer 3 to kamienica Scholza niegdysiejszego starszego cechu piekarzy w Rybniku. Dalej pod numerem 5 cofnięty w głąb niewielki domek Czyszczoniów. Tu znajdowała się restauracja (obecnie obuwie i "Świat alkoholi"). Kolejne domy to numer 7 gdzie znajdował się na rogu (dziś gyros) sklep z akcesoriami szewskimi i rymarskimi Rajmunda Jonderki, który w reklamówce z lat 20-tych ub.w. widnieje pod numerem 9. Pod tym numerem na jednym ze zdjęć widzimy tutaj adres sklepu radiowego A. Kowola. Zdjęcie przedstawia stoisko handlowe na jakiejś wystawie. Pod "9" (dziś DH "Barbara") stał domek , który mieścił w sobie restaurację pana Brzezinki. Oba domy należały do Teodora Ryszki. Za nimi miał on swą bazę spedycyjną i mieściła się prócz garaży także pralnia i stolarnia (dziś Klub "Imperium"). Przypomnijmy, że za w/w posesjami ciągnął się aż do rzeki unikalny w ścisłym centrum wielki ogród Byśków. Przechodzimy przez most na Nacynie trafiamy na posesję Wieczorków.  Tu jak wiemy mieściła się słynna "Potacznia" i na zapleczu odbywały końskie targi. Za Wieczorkami pod "13" domek Sopów, gdzie znajdowała się wędzarnia śledzi i ich sprzedaż. Spotykamy tu również w latach 20-tych ub. w. skład towarów kolonialnych ze specjalnością "świeżo palona kawa" Piotra Kupczaka. Na pocztówce z czasów sprzed I wojny światowej widzimy sklep kolonialny Petera Kubczaka w wyburzonej niedawno (budowa Plazza Rybnik) ładnej kamieniczce na rogu Raciborskiej i Dworek. Być może chodzi o tą samą osobę. Nawiasem mówiąc za Soppami (Karol Soppa mial w Rybniku mleczarnię) od strony Wiejskiej znajdowała się Pierwsza Górnośląska Fabryka Pantofli Braci Drzewieckich. A naprzeciw niej jeszcze po wojnie pracowały piece z odlewni Bartońków. Przekroczywszy skrzyżowanie z ulicą Wiejską napotykamy sporą kamienicę Lepiarczyków (bardzo podobną w wyglądzie do ich kamienicy na Sobieskiego). Lepiarczykowie pochodzili z Krakowa i wyjechali doń z Rybnika. Sławny historyk sztuki rybniczanin prof. Józef Lepiarczyk to właśnie członek tej rodziny , o której tu mówimy. W kafelkowej kamienicy Lepiarczyków  - jak wynika z reklamówki - mieścił się sklep kolonialny pana Szlosarka. Pod tym samym numerem spotykamy także (lata 20-te ub.w.) skład meblowy Józefa Olesia. Kolejny dom uległ przed wojną niezbyt ciekawej przebudowie, bo na pocztówkach z okolic I wojny światowej widzimy piękną stylową kamienicę. Dom został zakupiony przez  Franciszka Grzybka i przebudowany w 1936. F. Grzybek zajmował się kontrolą jakości mięs i wędlin. Tutaj czyli pod "17" zamieszkali przybyli z Siemianowic państwo Mildnerowie. Ojciec pani Kazimiery Mildner z domu Boczek (ur.1922 w Gnieźnie) przed i po wojnie pracował jako kolejarz. Natomiast mąż Feliks Mildner był po wojnie znanym organistą u oo. Franciszkanów. Pani Kazimiera sporo zapamiętała z przyrynkowego odcinka przedwojennej ulicy. Za domem Grzybków mieściła się fabryka kartonów Musiolików (Muscholik), po wojnie wytwórnia musztardy. Także następny dom należał do niemieckiej - w zgodnej opinii bardzo porządnej - rodziny mistrza piekarskiego Nowaka. Żona mistrza Nowaka kilka godzin po urodzeniu bliźniąt stała za ladą w piekarni ! Raciborską przed rozwidleniem z Hallera  i Wodzisławską zamyka przepiękna, wyniosła (nawet w podupadłym stanie) kamienica. Tu kiedyś mieścił się "Schlesische Hof" czyli "Śląski Dwór" -  hotel i restauracja, a po I wojnie "Hotel Śląski". W tym czasie budowla oznaczona od strony Raciborskiej numerem 23 została kupiona przez pochodzących spod Kępna Piotra i Martę Kupczaków.
    Nie pójdziemy teraz dalej w górę Raciborskiej czyli za skrzyżowanie , ale zawrócimy w stronę rynku, aby ponowić nasz spacer po przedwojennej Raciborskiej od kamienicy rynkowej Sladky"ego, której bok ciągnął się właśnie Raciborską i oznaczony był numerem 2. Był tu m.in sklep metalowy i fryzjer. Po tej kamienicy nie ma śladu od ok.1945 . Pod "4" mieściła się sporych rozmiarów kamienica Mandrellów. Po niej też nie ma śladu od ok.1970. Zamieszkiwał tu m.in. Konrad Czaja, który wraz z Konskiem i Mandrellą utworzyli spółkę, która nosiła nazwę "Makocza" - nazwa ze skrótu pierwszych sylab nazwisk Mandrella, Konsek, Czaja. W pewnym okresie jako jej jedyny  właściciel widnieje Konrad Czaja. Firma zajmowała się produkcją płotów drucianych oraz urządzaniem kompletnych ogrodów. Prawdopodobnie zaplecze tej kamienicy aż po Nacynę zajmowały magazyny i zabudowania . Tu gdzieś znajdował się także potem warsztat automoto pana Krajewskiego, który był spokrewniony z Mandrellą. Prawdopodobnie te magazyny i zabudowania produkcyjne usadowione były pod numerem 6 lub nawet 6 i 8. Wiktor Mandrella prowadził firmę rozprowadzającą materiały kopalniane i hutnicze żelazo sztabowe, rury gazowe itp. Słowem handel żelazem. Na terenie Mandrelów, na rogu dzisiejszej ulicy Marii C. Skłodowskiej stała opodal Nacyny pierwsza drewniana bóżnica (z 1811) dopóki gmina żydowska nie wybudowała nowej synagogi  w 1848. W jednej z reklamówek pod numerami 10 do 12 widnieje śląska Fabryka Musztard "Piast" wł. E Cieśla i Ska. Dziś pod "12" stoi blok postawiony tu w latach 50-tych ub.w. Tu, czyli już za rzeką. Pamiętajmy ponadto, iż przed wojną nie było dzisiejszej ulicy Marii Curie Skłodowskiej, choć istniał łącznik w kierunku starego kościoła. poprzez nadrzeczne tereny zajęte głównie przez zieleń ogrodów znajdujących sie na tyłach kamienic z rynku i ul. Kościelnej. Nad  rzeką znajdowała się kuźnia mistrza kowalskiego Leśnika. Zaraz obok Górnośląska Fabryka Mebli pana Wyleżycha, który też zamieszkiwał tu z rodziną. Na zapleczu znajdował się uroczy ogród , który przylegał do Nacyny, tworzącej w pewnym miejscu zatoczkę z widoczną na zdjęciach zakotwiczoną łódeczką. Opodal znajdował się tartak pana Suligi (mniej więcej gdzie dziś Plazza). Po wojnie baza PKS. Być może właśnie po przeciwnej stronie owej zatoczki znajdowała się garbarnia Żurków, a po jej spaleniu czekoladowy  zakład pana Sobczyka (obok dzisiejszej "Biedronki"). Tak więc idąc w górę Raciborskiej zrobiliśmy woltę w prawo myszkując po zapleczu przedwojennej zabudowy. Wracamy więc na trotuar, aby spostrzec, że w miejscu niewielkich domków mistrz rzeźnicki Gomola wybudował stojący do dziś niezbyt piękny prostokątny gmach, na którego zapleczu znajdowała się ubojnia. Dziś dom znajduje się pod numerem 20. Czy był pod tym samym przed wojną to kwestia otwarta. Kolejny dom prawdopodobnie należał do rodziny Ogermanów i mieścił sklep kolejowy. Natomiast ładna niewielka kamienica na rogu Raciborskiej i Dworek (miała nr.24), która już nie istnieje (dziś jest tu pusty plac...) należała prawdopodobnie do Kuppermannów. Pisaliśmy już o niej wyżej. Rybniczanie pamiętają, że w latach 30-tych znajdował się tu zakład fryzjerski Michalika. Od strony Dworek był warsztat szewski Szypuły, potem Skrzypca. W przedwojennych reklamówkach na tym odcinku rybnickiej ulicy spotykamy także w latach 20-tych ub.w. "Dom mebli" Kura dawniej Solorz Brunon, który "dostarcza kuchnie sypialnie jadalnie i meble wszelkiego rodzaju" jako nowość. Firma Nowak - Moczygemba miała swe tartaki parowe i heblarnię (filię ?) nie tylko na Hallera-Rzecznej, ale i na Raciborskiej. Reasumując można przynajmniej ten odcinek rybnickiej arterii  nazwać ulicą mebli i ogrodów.

                                Część II
    Przechodzimy przez ulicę Dworek i trafiamy na kamienicę czynszową , gdzie zamieszkiwała m.in. wielodzietna rodzina - Fabianowie (mieli 14 dzieci). Dom wypalił się w 1945. Dwa kolejne domy należały do Bartońków i Kubiców. Pan Kubica pracował przed wojną (i po wojnie) w Wydziale Ksiąg Wieczystych. Obecnie znajduje się tu sklep komputerowy. Kolejny dom zamieszkiwał z rodziną kierownik przedwojennej szkoły w Zamysłowie pan Rogalski (dziś m.in. protetyka dentystyczna). A dom należał (wg. pani Szczot) do Nowaka. Dalej, aż po staw Piownik ciągnęły się pola Luksów z ul. Dworek. Tak doszliśmy do krzyża do rozwidlenia z Zebrzydowicką gdzie odcinek kończyła posesja kupca z Sobieskiego Manneberga. Wchodzimy w odcinek Raciborskiej za krzyżem. Na rogu stoi dom gdzie zamieszkiwała rodzina inżyniera dróg i mostów Dylewskiego. Dalej wielka willa Chruszczów. Ponoć przed wojna wyglądał mniej masywnie i został rodzinie podarowany przez księcia pszczyńskiego. Potem było nieco przerwy i napotykamy charakterystyczny rogowy dom Guentera Ochmanna (dziś Żabka) gdzie przed wojną mieściła się restauracja, a Teodor Frueholz prowadził swą rozlewnię wód. Toczyły się tu do jej piwnic wielkie beki piwa. Za Ochmannem stoi domek z czerwonej cegły Augustyna i Katarzyny Scheiderów. Pomiędzy nimi w tyle znajdują się jeszcze dwa domy gdzie przed wojną pomieszkiwały rodziny Czempików i Dudów. Pan Czempik parał się m.in. amatorską produkcją lutniczą. Za domkiem konduktora Augustyna Scheidera stoi większy dom Kiesiów gdzie mieszkał budowniczy Grzesik. Dalej była piekarnia Lamperta i pole Harazima. Potem dom niemieckiej rodziny Sopala, który wybudowano w 1927. Wreszcie wybudowany w latach 1932/33 dom Bytomskich., a dalej dom rodziny Przeździng. Za kolejnym (dzisiejszym) skrzyżowaniem zamieszkiwali Porwołowie, a u nich Tomeccy i inż Owczarzy. Wreszcie rodzina Podleśnych.
    Aby zachować kolejność domów wrócimy do skrzyżowania Raciborskiej z Dworek i Wodzisławską, by rozpocząć naszą wędrówkę od domostwa i firmy państwa Kopców. Mieszkali oni w domu pod numerem 31 nad dzisiejszym sklepem z ziołami. Za domem od strony Raciborskiej rozpościerał się obszar zadbanego ogrodu z altaną w kształcie pagody, a od strony Wodzisławskiej sławna wytwórnia  likierów. Tu też znajdowała się restauracja "Pod ostatnim groszem"(z wejściem od Wodzisławskiej 2, bo kolejny dom czyli Wodzisławska 4 to rozlewnia wód mineralnych Wilczoków. Dom wciąż jest na sprzedaż). Patrząc od strony Raciborskiej za ogrodem usadowiony był kort tenisowy. Dziś znajduje się tu firma Meble Roman, a w miejscu ogrodu Blaszany pawilon Nasz Dom. Za Kopcami pod 33 był dom i firma Ożogów (dziś Meble Borowiec). Pan Ożóg prowadził tu warsztat automechaniki, szkołę jazdy, stację benzynową i myjnię. Pod 35 znajdowała się willa Biegeszów - rodziny znanej z patriotyzmu. Kolejny dom wybudowany prawdopodobnie przez Żurków został  kupiony przez rodzinę Paryzków, gdy ta sprzedała swój poprzedni dom na Raciborskiej 39 Podkowikom. Ten dom ma numerację 35 a. Za nim pod 37 Szczyrbowie, u których mieszkali Grzybczykowie, Za Szczyrbami w głębi niemiecka rodzina Taistrów  (Teistra). Dom oznaczony numerem 37 a. Dalej przy Raciborskiej znajdował się właściwy dom doktorostwa Paryzków, w którym mieszkali Ryszkowie i który to dom jeszcze przed wojną sprzedali. Tak więc pod numerem 39 znaleźli się Podkowikowie.
    Tak doszliśmy ponownie do skrzyżowania z krzyżem gdzie rozchodzą się ulice Raciborska i Zebrzydowicka. Od strony tej pierwszej ulicy znajduje się dziś szkoła języków. Pod numerem 41 zamieszkiwali Zimonowie (Simon) , Michał Zimon miał znaną rozlewnię wód i piwa. Kolejny dom - o ciekawej architekturze zbudowany na początku XX wieku przez właścicieli Teodora i Martę Frueholz. Za skrzyżowaniem z ulicą Sławików  znajduje się dom pana Konska. Potem dom malarza Ludwika Adamczyka, który jak twierdzi się do dziś był tzw. "złotą rączką". Potem dom  Jagodzińskich, gdzie pomieszkiwali Mielimonkowie. Później był dom Tatarczyków (spokrewnionych z Tatarczykami z Wiejskiej, do których należał znany franciszkanin o. Elzear). Tu mieszkała nauczycielka pani Śliwa, która była ciotką pani Tatarczyk. Za kapliczką dom Kuzberów (Kutzber). Pozostały jeszcze domy w rejonie skrzyżowania z ulicą Szczęść Boże.
    Raciborska to naprawdę długa ulica.

Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Kościelnej. Mała uliczka z dużymi tradycjami.


Kościelna ma klimat uliczek wielkomiejskich starówek. Aż żal , że  nie tutaj mieści się skupisko kawiarenek i restauracyjek jak przed wojną. Pod numerem 5 mieścił się  lokal Nowaków. Jakiś czas po wojnie kawiarnia “Kaprys”. Pod “6” była restauracja Jana Szczepanka. Były też inne lokale. Na zachodniej stronie ulicy jest więcej kamienic niż na wschodniej. Idąc od rynku w stronę naszego starego kościoła mijamy po stronie wschodniej długi bok kamienicy Rynek 1. Tu jakiś czas funkcjonowała mała drogeria. I dopiero za “rynkową” kamienicą  stoi pierwszy dom na Kościelnej. Przed wojną , co wiem z opowieści pana Tadeusza Wilczyńskiego znajdował się tu niewielki  domek kryty strzechą , a w nim żydowskie sklepiki. Jeden z resztówkami bielskich materiałów , a drugi rybny z “niebywale smacznymi wędzonymi śledziami i szprotami”. Jak wynika ze wspomnień Alojzego Frosa to miejsce było własnością Kornblumów.  Dalej była kamienica Zielonków w której znajdował się sklep rowerowy. Jan Zielonka był oberżystą. Własność dzielił z żoną Anastazją z domu Mańka. Kolejny dom Buchalików, gdzie po prawej stronie było rzeźnictwo, a po lewej restauracja. Właściciel był buchalterem czyli księgowym. Następnie dom Winklerów. Był tu meblowy , który prowadziła Franciszka Winkler. Przylega on do kamienicy “plebiscytowej” , która jest własnością tejże rodziny Tu  mieściła się ich restauracja.
    Idąc w stronę starej rybnickiej świątyni od strony zachodniej mamy przylegającą do ratusza kamienicę. Była ona onegdaj własnością Jańczyków - co widać na starej fotografii , która pokazuje nam wielce podniosły moment przekazywania władzy w mieście Polakom. Widoczny jest tu m.in. doktor Biały i inż. Malinowski. Wracając do kamienicy , to przeszła ona do rodziny Kubiców po zamążpójściu córki. Kubicowie podobnie jak Jańczykowie dalej prowadzili tu restaurację.  Następny dom -ładna  kamieniczka -należał do Gafronów , co wynika z mapki z 1898r. Potem znalazł się w rękach rodziny Joklów i mieściła się tu - jak i dziś - piekarnia. Nawiasem mówiąc zauważyłem , iż często po wojnie ludowe władze rozsądnie umieszczały w przejętych lokalach rybnickich kamienic sklepy tej samej branży , co przed wojną. Jokel - właściciel piekarni był jednym z trzech braci , z których jeden był rzeźnikiem i miał sklep na rynku , a drugi - Gerard -  tapicerem. Bruno Jokel uczył się fachu piekarskiego u pana Scholza , który miał dwa zakłady - jeden na Jankowickiej , drugi na Żorskiej czyli dzisiejszej Powstańców. Kolejnym domem była kamienica Nowaków. Kiedyś własność Grubertów, a od 1908 Emila Cibisa. Najstarszy zapis z 1789 r., kiedy to właścicielem był Leopld  Scholz. Z opowiadania pana Mariana Nowaka dowiedziałem się , że dom jest w posiadaniu ich rodziny od 01.04.1919 , kiedy to nabył go Maksymilian Nowak (1867-1931). Prócz lokalu gastronomicznego na piętrze znajdowała się salka ze scenką gdzie nauczycielstwo rybnickie spotkało się z Wojciechem Korfantym. Po Maksymilianie dom i firmę przejął jego syn - cukiernik Paschalis (1907-1978).Od pana Mariana wiem także , iż kolejny dom należał przed wojną do Proskego , a potem Ziebisów. Ziebisowie mieli sklep rzeźniczy na Łony i sporo majątku na dzisiejszej ulicy Kraszewskiego. Z innego źródła wiem , że Ziebis miał na Kościelnej 7 drogerię w miejscu gdzie dziś jest wejście do pasażu, a w sklepie obok znajdował się kolonialny Józefa Sachsa. Numer 9 to dwa w jednym, bowiem dwie kamieniczki stanowiły całość. O tym szczególnym miejscu opowiadał mi wiosną ub. r. pan Tadeusz Wilczyński. Coś niecoś wiedziałem już o parowej cegielni i składzie żelaza , materiałów budowlanych i szyb Jerzego Wilczyńskiego (1894-1978) , ale szerszy obraz odmalował mi pan Tadeusz. Jerzy Wilczyński pochodził z Warszawy gdzie jego ojciec miał wytwórnię sprzętu browarniczego - kadzi , beki itp. W Księdze adresowej przemysłu i handlu z 1930 podana jest data założenia firmy - 1885. Jerzy był w wojsku carskim od 1914 , a powrócił z wojny z korpusem gen. Dowbora-Muśnickiego . Ukończył w Warszawie handlówkę i jako prymus dostał posadę na kop. “Saturn” w Czeladzi. Kopalnia była wtedy w rękach francuskich , a Czeladź rosyjskich. Tu poznał matkę pana Tadeusza, której ojciec był na “Saturnie” kierownikiem powierzchni. Pobrali się w 1921 i wkrótce przenieśli do Rybnika. Tu Jerzy wespół ze znajomym kupił dwie cegielnie , a w połowie lat 20-tych rozwiązał spółkę i pozostał przy jednej własnej cegielni w miejscu znanym potem rybniczanom jako “Gliniok” (przy ul. Cegielnianej). Otworzył firmę na Kościelnej 9 , którą to posesję zakupił na spółkę z rodziną z Czeladzi. Jerzy Wilczyński był zapalonym społecznikiem. Z posłem Prusem organizował np. kursy handlowe i jako radny był u burmistrza Webera gorącym orędownikiem wybudowania w mieście szkoły handlowej , bo ta egzystowała gdzieś po kątach. I jak wiemy gmach powstał w latach 30-tych Po wojnie mieścił się tu “mechanik”. Jerzy Wilczyński był też przed wojną skarbnikiem Związku Kupców Polskich w Katowicach. Wracając  do Kościelnej - w miejscu gdzie dziś  jest optyk była brama wjazdowa.Opowiadała mi onegdaj nieoceniona pani Majewska , że spacerując Kościelną w piękny ciepły dzień dało się słyszeć dochodzącą z okien muzykę wysokich lotów. Mieszkali tu bowiem gdzieś Szafrankowie. Ale gdzie to było ? Teraz już wiemy , że pod “9”. Jerzy Wilczyński otworzył  drugi sklep z materiałami metalowymi na Sobieskiego. Pomiędzy dwoma składami tekstylnymi Aronstamma. Sklep ten znajdował się tam gdzie potem długo była apteka , a dziś znana księgarnia.
    Pod “11” mieściła się legendarna księgarnia Maksymiliana Basisty. Po wojnie m.in. znajdował się tu Pewex. Jedyna córka Basistów wyszła za magistra Pilnego i dom stał się własnością tej rodziny. Następny dom był własnością Nowaków . Dom ostatni został w 1937 zakupiony przez Machulców od rodziny Horantów. W tej kamienicy po lewej stronie był sklep z dodatkami szewskimi pana Kominka , a po prawej restauracja , którą prowadzili Horantowie. Emil Stronczek powiada , iż był to najczęściej odwiedzany lokal przez uczestników uroczystości rodzinnych w  starym kościele. I np. jeśli ktoś rozrabiał albo nawet nie miał zbyt dobrego charakteru mówiono : “ Chyba był chrzczony u Horantów”... A swą uliczkę i całe miasto fotografował pewnie pan Pochaba, którego zakład mieścił się na pod numerem czwartym.

Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na ul. Św. Jana.
Mała , ale kiedyś jako łącznik ważna arteria
 Na zdjęciu przedwojennym widzimy ulicę św. Jana gdzie wyraźnie widoczny jest niewielki budyneczek wysunięty z
szeregu. To tu mieściła się przed wojną jadłodajnia “ U Hallerczyka”. Wacław Żaczek , który od lat mieszka w Niemczech aż krzyknął ze zdumienia kiedy pokazałem  zdjęcie w albumie Marka Gruszczyka, gdzie widać ją wysuniętą przed szereg domów. Niemniej zdziwiona była jego siostra pani Zeman.
   
Zacznijmy jednak od “kamienicy plebiscytowej“ - jak ją nazywam, bo tu miał swą siedzibę Komitet Plebiscytowy w 1921. Kupiona przez pana Winklera od wdowy Szindlerowej (Schindler) za 400tys. mk. 01. września 1921 Emil Winkler już zapraszał rybniczan do swej restauracji. Dom wcześniej należał wg. słów pani Wandy Winkler należał do Danzingerów. Pani Wanda Winkler-Dudek urodziła się w 1923 . Jej siostrą była żoną kapitana Kotucza , zmarła niedawno w wieku 97 lat. Jej brat Eryk przeżył  Mauthausen , aby zginąć po wojnie z rąk UB. Eryk  był lekarzem. Poznał go w obozie koncentracyjnym inny lekarz , który potem ożenił się z jego i pani Wandy siostrą. W czasie wojny Niemcy napisali smołą na kamienicy : Polen nach Dachau. Przed wojną w kamienicy była restauracja , a głównie sklep meblowy.  Z jej okien patrzono na sowieckie czołgi , ktore w 1945 pojawiły sie u wylotu Rudzkiej. W czasie walk na drugie piętro wpadł rosyjski pocisk zapalający. Jak mi opowiedział brat pani Wandy Józef było to w czasie, gdy w kamienicy Winklerów znajdowali się Niemcy, a dokładnie naprzeciw (dom Niśkiewiczów) Sowieci. Dwaj bracia Winklerowie zdążyli z piwnicy wbiec na drugie piętro i wyrzucić przez okno palący się już stół i ugasić płomienie wokół pocisku, który dzięki temu nie eksplodował i nie wzniecił pożaru - kamienica została uratowana. Inna bomba niestety po przeciwnej stronie ulicy zniszczyła domek z jadłodajnią Żaczków.  Na południowej stronie ulicy są tylko dwie kamienice - Winklerów sięgająca sporo na Kościelną i Świerklaniec , którego fronton wylega na Sobieskiego. Natomiast po stronie północnej jest sześć domów plus domek z kioskami.
    Naprzeciw “plebiscytowej” stał domek Niśkiewiczów. O nim opowiedziała pani Urszula Baron z domu Niśkiewicz rocznik 1937.  Dziadek pani Urszuli Bronisław urodził się w 1868 w Ociążu k/Inowrocławia , gdzie wyuczył się zawodu piekarza - cukiernika. W Rybniku piekarnia znajdowała się w podwórzu ich domu. Dziadek wyrabiał nawet lody. Z relacji “przedwojennych” rybniczan wiem , że jako dzieci chętnie zaglądali do sklepu Niśkiewiczów ze słodyczami. Dużą popularnością jak wynika z relacji pana Żaczka cieszyły się tzw. “farby” czyli lizaki za grosze. “Bronis” - taką nazwę miała rybnicka fabryka pierników założona w 1915 roku przez Niśkiewicza - reklamowana jako pierwsza na Śląsku. Dorobiwszy się wybudował w 1937 obecny dom. Wynajął w nim lokal na sklep z akcesoriami szewskimi pana Kominka , który nb. z rodziną mieszkał na II piętrze. Bronisław Niśkiewicz miał siedmioro dzieci : trzy dziewczyny i czterech chłopców. Irena to matka pani Urszuli. Babcia pani Urszuli zmarła wkrótce po urodzeniu Ireny. Pan Bronisław ożenił się drugi raz. Zmarł mając 94 lata. Obecnie w domu mieści się elagancka perfumeria pani Aurelii Burzan.
    W kamienicy Glasnych obok Niśkiewicza mieścił się pierwszy polski Bank Spółdzielczy w Rybniku. Z tego co dowiedziałem się od pana Frydeckiego - spadkobiercy Glasnych - jego dziadek prowadził w tym domu rzeźnictwo.
    Obok stał dom Machulców , gdzie mieścił się przypuszczalnie sklep z obuwiem Skorupów lub Szewczyka. A w jego sąsiedztwie kamieniczka Dietmanna gdzie był znany sklep muzyczny Steuera , który mieszkał zresztą na piętrze. Zaraz obok na tej samej posesji była jadłodajnia Żaczków. Z relacji pana Wacława Żaczka wiem , że Steuer był typem wolnomyśliciela. Miał psa Princa i lubił dzieci. Zawsze pamiętał o urodzinach małego Wacka. Kiedy raz zdał się zapomnieć skonsternowany malec zaczął w końcu wołać : Herr Steuer Ich hab' geburstag !  A ten stał za firanką i chichotał. A propos urodzin to zawsze obchodzono je uroczyście u Dietmannów i z tej okazji angażowano fotografa. Myślę , że może samego Otto Liebecka , który miał jakiś czas zakład na tej ulicy. Kiedyś długo szukano małego Wacusia , aż wreszcie ktoś go znalazł śpiącego ... w budzie Princa. Dom następny należał do Nowaków i mieściło się tam rzeźnictwo , podobnie jak w sąsiednim należącym do Machulców. Nastepny był własnością Brauerów i znajduje się on już na Sobieskiego dokładnie vis a vis naszego rynku.

Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na Sobieskiego - ulubiona ulica...
     Przedwojenna ulica Sobieskiego była ulubionym deptakiem Rybnika w stronę rynku. Za czasów przynależności Rybnika do państwa pruskiego zwała się Breitestrasse czyli jak dziś w Żorach Szeroka. Od pradziejów miasta stanowiła newralgiczny trakt od kościoła na wzgórzu do kasztelu rybnickiego. To tu mieściła się stara karczma "Świerklańcem" zwana. Dziś Sobieskiego wraz z ulicą Powstańców Śląskich stanowi główny trakt od rynku- będącego synonimem materialnego życia - do naszej bazyliki św. Antoniego, która już z dala jest widoczna dla przyjezdnych jak katedra w Koloni.
    Zacznijmy nasz przedwojenny spacer od numeru "1". Dom rodziny Nowaków. Nazywam tę piękna kamienicę "domem Trunkhardta", bo tu ten wielce zasłużony dla Polski i naszego miasta Niemiec, zięć właściciela, miał przed wojną redakcję swej gazety "Katolische Vokszeitung". Przylega do rynkowego domu Nogów, którzy zjechali do Rybnika z raciborskiej Nędzy. Zanim posesja stała się własnością Georga Nowaka należała do rodziny Glassny. Istnieje bardzo interesujące zdjęcie jeszcze sprzed budowy kamienicy, na której miejscu stał typowy parterowy domek jakie możemy jeszcze dziś zobaczyć na Powstańców Śl. czy Raciborskiej. Przed domkiem Nowakowie. Łatwo stąd wywnioskować, że kamienicę w początkach XX w. postawił mistrz rzeźnicki Georg Nowak.  Wogóle, gdy patrzymy na mapki z przełomu wieków XIX/XX widzimy, iż sporo terenów w śródmieściu należało do rodziny Nowaków. Na parterze jeszcze w czasach pruskich znajdował się sklep meblowy. Na jednym ze zdjęć widać postacie na balkonie. Może jedną z nich była żoną Georga, a może jego córka Rita Trunkhardt ? Na parterze domu w latach międzywojnia znajdował się m.in. sklep obuwniczy Fr. Szypuły i odzieżowy Nowak&Wieczorek. W latach 30-tych widać na zdjęciu zrobionym od strony rynku szyld "Sklep Tekstylny".
    Kolejny dom powstał w początkach XX w. To najwyższa budowla na Sobieskiego vis a vis ulicy Mikołaja Reja. Jeszcze w  1906 stał tu ostatni z parterowych domków. Posesja była w XIX w. własnością rodziny Stephany. W latach dwudziestych kupił ją pospołu z swą żoną pan Jojko właściciel fabryki mebli od małżeństwa Wilczoków. Stąd w kamienicy mieścił się przed wojną znany salon meblowy. Wcześniej był bank. Pisaliśmy o tym więcej przy omawianiu historii rodziny i domu Jojków. Kolejna posesja nr.5 w XIX w. stanowiła własność rodziny Nalepów. Przed wojną znajdował się tu budynek, który niestety uległ zniszczeniu pod koniec wojny. Pogorzelisko wyburzono i w latach 60-tych ub.wieku postawiono parterowy budynek, w którym pomieszczono kilka prywatnych sklepów. Przed wojną znajdował się tu także sklepik z pasmanterią i artykułami papierniczymi prowadzony przez panią Stronczek. W latach 90-tych dobudowano piętro. Przed wojną miejsce to było najbardziej znane z piekarni Mielimonki. Pani mieszkająca obok pamięta dym, który wlatywał jej wprost do okien. Ale pieczywo było smaczne.
    O posesji numer 7 zapiski są już z końca XVIII w. Właścicielami byli m.in. Schaefferowie, potem Muellerowie. Kiedyś stała tu piękna piętrowa kamienica. Niestety przebudowano ją jak na rynku jeszcze przed wojną stawiając prostokątnego kloca. Dziś dom wygląda dużo lepiej. Studiując na komputerze fragmenty jednego z domowych zdjęć zauważyłem w odbiciu szyldu sklepowego mych dziadków dość wyraźny napis : Restauracja. Biorąc pod uwagę kąt padania odbicia wywnioskowałem, że mieściła się ona w omawianym domu . Nikt jednak nie chciał mi tego potwierdzić. Dopiero potwierdziła to fotografia Ludwika Czecha z 1922 r. , a także pocztówka wydawnictwa Polonia S.A. z Zamkowej, na której odkryłem dodatkowo, że w miejscu gdzie później mieścił się sklep obuwniczy Bata wcześniej znajdował się sklep rzeźniczy Józefa Wilczoka, który prawdopodobnie był wtedy też posiadaczem kamienicy. I jak się zastanowić Wilczokowie należeli swego czasu do bogatszych obywateli, bo tylko na Sobieskiego mieli cztery kamienice (potem Jojko,Stachowski i znów Jojko, od którego "Świerklaniec kupił Ogórek i jeszcze po przeciwnej stronie ulicy potem Heidrichów).Najbardziej znanym przedwojennym właścicielem domu był Stachowski. Otworzył on w latach 30-tych ub.wieku swój sklep. Był kierownikiem w domu towarowym Beygi znajdującym się niemal naprzeciwko. Ale chyba najbardziej znany był ten dom ze sklepu znanej czeskiej firmy obuwniczej Bata. W latach 20-tych spotykamy tu sklep J. Ciupki z konfekcją męską . Miał on też tutaj skład materiałów i warsztat krawiecki. Kolejny dom to powszechnie znany hotel "Świerklaniec". Właścicielami przed wojną byli Wilczokowie, Jojkowie i Ogórkowie. O Świerklańcu" napisano już tyle, że tu ograniczymy się do właścicieli. Niewiele pozostało z historycznej magii tego miejsca. Jedynie można przypomnieć, że w lokalu po lewej od wejścia głównego znajdowało się biuro hurtowni tytoniowej Piechoczka.  Natomiast kolejny dom, stojący dokładnie vis a vis rybnickiego rynku to była własność Charlotty Brauer, żony kupca z Rybnika, która dziedziczyła po Priesterach. W tym domu pod numerem "9" mieścił się salon znanej amerykańskiej firmy "Woolworth" Był to sklep wielobrażowy. Można wyczytać, że swego czasu firma miała najwyższy drapacz chmur w Nowym Jorku. Jak czytamy "...ostatecznie budynek ma 241 m i 60 pięter. Koszt budowy wyniósł 13,5 mln. dolarów, które Woolworh zapłacił gotówką". Do 1930 był najwyższym budynkiem świata. Neogotycki gmach (do dziś należy do 50 najwyższych amerykańskich) powstał na Brodwayu na Dolnym Manhattanie naprzeciw nowojorskiego ratusza w 1913. Firmę, której sklep znajdował się także w Rybniku  założyli w 1911 Frank i Charles Woolworth. Firmę tworzyła sieć sklepów typu "za pięć , dziesięć centów". W 1962 firma sklepów typu "five and dime"  zainicjowała sieć Woolco , która przetrwała w tej formie do 1982 (w Kanadzie do 1994). W 1997 Woolworth zmienił nazwę na "Venator". Jednakże już w 1999 Venator wyprowadził się z macierzystego drapacza chmur w Nowym Jorku i przeniósł biura na 34 ulicę.W 2001 kompania znów zmieniła nazwę pochodną od swego głównego produktu i nazwała się "Foot Locker Inc." Dlaczego aż tyle o tej firmie ? Ano dlatego, że to właściwie od niej zaczął się rozwój sieci sklepowych, dyskontów , wreszcie supermarketów. W lokalu po prawej stronie bramy domu Brauerów  znajdował się sklep Józefa Manneberga. Był to skład żelaza i materiałów budowlanych. Potem Manneberg przeniósł go wyżej pod numer "15". Podobny sklep naprzeciw otwarł Wilczyński. Kiedy Manneberg wyjechał z rodziną sklep z tym samym asortymentem poprowadził pan Sikora. Materiały na zaplecze dowoziło się od strony ulicy Gliwickiej. Wymiary niektórych nie pozwoliły by dostarczać towarów wielkogabarytowych do magazynu od strony Sobieskiego. Następny dom czyli "13". Dom był także własnością Priesterów, a od 1927 Jana Świerkota mistrza piekarskiego, który miał tu własny punkt ze swoimi wypiekami. Piekarnia była na zapleczu. Tu znajdował się sklep patrioty Stanisława Kurzawy, który sprzedawał materie, przybory krawieckie, czapki dla kolejarzy, sokołów, celnych, powstańców, a nawet odznaki dla wojskowych i urzędników. W reklamówce z końca lat 20-tych czytamy, że poszerzył asortyment o pasy oficerskie, szable i własny warsztat krawiecki. Na zdjęciu z lat 30-tych ub.wieku widać tu też sklep zegarmistrzowski Ludwika Łukaszczyka. Sklep Kurzawy uwieczniony na rybnickiej pocztówce. Pod "15" znalazł lokal wspomniany już kupiec materiałami metalowymi i budowlanymi Sikora. Dom był długo, bo aż do wyjazdu z Polski własnością Józefa Manneberga. Jan Sikora, kupiec z Wodzisławia,  stał się oficjalnie właścicielem w 1939 roku. Pod "17" znajdował się sklep Pawła Kabuta z kapeluszami i czapkami w bogatym asortymencie. Jako właściciela (1924) odnotowujemy komisarza policji miejskiej w Rybniku Pawła Świertnię.Do wojennej historii tego funkcjonariusza są pewne zastrzeżenia. Następny dom - "długa kiszka" - był własnością Kopców właścicieli znanej wytwórni wódek i likierów na Raciborskiej (za którą mieli nawet kort tenisowy). De facto właścicielkami były od 1931 Eleonora Kopiec z domu Klosek i Maria  Richter z domu Horn. Stał się własnością Piotrowskich po ożenku Magdaleny i Ruty Kopcówien z braćmi Piotrowskimi. W latach 20-tych mieściła się tu wytwórnia likierów Franciszka Mikeski (Fr. Mikeska Oberschlesische Spirit-Industrie Sp. Akc. z Rybnika). Przez jakiś czas mieścił się tu także sklep muzyczny Steuera. Następny dom należał do budowniczego Richtera. Na piętrze przyjmował doktor pediatra. W ostatnich dwóch domach po nieparzystej stronie, które znajdowały się naprzeciw wylotu ul. Powstańców Śl. znajdowały się : pod "23"  znana "Apteka pod lwem" prowadzona przez panią Faber i też znany sklep mięsno-wędliniarski Augustyna Wieczorka. Oba domy stały na jednej posesji, której właścicielką była w 1918 Maria Muschalik z domu Machoczek, w 1931 J. Janduda drogerzysta z Janowa z żoną Elzbietą z domu Muchalik, w 1932 Paweł Wieczorek z Rybnika, a w 1938 Anna Faberówna, prowizor farmacji.

    Zawrócimy teraz w dół w stronę rynku. Tym razem parzyste numery ulegać będą zmniejszaniu. W tym ciągu pomiędzy rogowym Rospenków a rogowym Beygów znajduje się dziewięć domów. Interesująca kamienica Rospenków z początku ub. wieku stoi na rogu Sobieskiego  i  Łony. W niej od strony Sobieskiego 38 znajdował się sklep drogeryjny Rospenków i kwiaciarnia ogrodnictwa Porałów. Pod numerem 36 działał "Józef Kaiser i S-ka". Skład oferował jedwabie, płótna, poszwy, kołdry watowane, pledy, firanki, dywany, linoleum, a nawet pończochy i skarpetki. Kamienica architektonicznie przypomina dom towarowy Pragera z rynku, więc możliwe , że i ona jest tworem firmy Martiniego.Właścicielem domu był kupiec Max Dombrowsky, a po nim jego córka Flora wraz z mężem Józefem Kaiserem. Ci Kaiserowie nie mieli jednak nic wspólnego z salonem kawy KKG, o którym mowa niżej. Pod numerem 34 natomiast znajdował się sklep patrioty Alojzego Prusa. Prowadził on sprzedaż rowerów, maszyn do szycia, a nawet maszyn rolniczych. Jak czytamy w 1928 sprzedawał już motocykle , a nawet gramofony i płyty do nich. W głębi podwórza prowadzono warsztat naprawy rowerów. Pod koniec lat 30-tych sklep A.Prusa widzimy niżej pod numer 30. Numer 34 wskazano też jako miejsce składu papierniczego Wiencka. Dom był własnością Kornblumów, potem (1936) kupca Zygmunta Glińskiego, rybnickiego kupca. Pod numerem 32 natomiast działał zegarmistrz Gatnar, właścicielami  kamieniczki była w początkach wieku Fanny Hallatsch, potem (1934) Klara Hallatsch, żona zegarmistrza z Rybnika. Nieco jeszcze pamiętam starszego pana Gatnara, który wynajmował tu pomieszczenia na warsztat czasomierzy. "30" była od 1920 własnością Alojzego Prusa ( o którym nieraz była mowa) i jego żony z domu Ficek. O jego działalności handlowej  była już mowa wyżej. Zaś numer 28 to kamienica Józefa Manneberga mającego też - przypomnijmy -dom naprzeciw. Manneberg zrozumiał co szykuje Europie nowy wódz Rzeszy i przezornie wyjechał z kraju. Dom pod nr. 28 zakupił 31.08. 1939 (!) R. Wojtyłko z Sosnowca. Mistrz krawiecki Józef Stebel miał tu -przynajmniej w latach 20-tych ub. wieku - sklep delikatesowy. Następny dom  należał do Jana Nogi (1922), kupca z Rybnika. Tu sklep tekstylny miał   E.Aronstamm (potem zmienił nazwisko na Arnowski). Wcześniej Aronstamm miał swój sklep - a prowadził asortyment z bielizną, pledami, jedwabiami, firanami - w  kamienicy na rogu Powstańców Śląskich i Gliwickiej (dziś -w 2008- popularna cukiernia). Potem na Sobieskiego miał dwa. Ten , o którym mowa i jeszcze pod numerem 22 w domu Baruchów i Glassnych. Glassny prowadził tu sklep papierniczy. Pomiędzy  sklepami Aronstamma, pod 24-tym  usadowiła się firma Wilczyńskiego z wszelakim potrzebnym ludziom żelastwem. "Usadowiła się naprzeciw sklepu Manneberga, by konkurencję mieć na oku". Dom był Wilczyńskich (od 1936). Gdzieś tu za Aronstammem znajdował się sklep sportowy  Ungerów. Może w kolejnej kamienicy będącej własnością F. Heidricha (wcześniej Wilczoków), gdzie tenże miał swój "Dom Obuwia" (potem także na rynku). Z kolei okazała narożna kamienica Czesława Beygi z domem towarowym (wcześniej taki sam dom prowadził tu poprzedni właściciel Leschcziner). Poza tym kiedyś posesja miała dwóch właścicieli : Leschczinera (część bliżej rynku) i E. Glassnego (część w stronę bazyliki). Za nią kamienica o glazurowanej cegle J. Lepiarczyka , który prowadził  sklep z różnościami : czapki, artykuły męskie, szkło , porcelana i żywność. Lepiarczykowie białokafelkową kamienicę też  mieli na Raciborskiej. Rodzina ta pochodziła z Lysek. A syn kupca Jana Lepiarczyka Józef - rybnicki gimnazjalista - stał się bardzo znanym naukowcem, profesorem UJ. Kolejny dom (również niestety przed wojną przebudowany na klocka) należął do Rojków i w nim mistrz Rojek prowadził warsztat elektryczny , sklep z akcesoriami elektro, a nawet sprzedawał rowery. Babcia ma kupiła u niego damkę "Otello" na raty. Rachunek i zdjęcie się zachowały, damka niestety nie. W kolejnej kamieniczce znajdowała się trafika Tatarczyków. Był tu nie tylko wielki wybór wyrobów tytoniowych i alkoholowych, ale także  kantor walutowy, punkt sprzedaży losów, biletów na spektakle teatralne i do kina. W sąsiedztwie Ludwik Godziek (właściciel) prowadził mleczarnię , a obok oferował swe usługi  zegarmistrz, optyk i złotnik A. Krakowczyk. Jak dowiedziałem się od Pawła Godzieka zegar widoczny na zdjęciach od strony ulicy nie był czasomierzem elektrycznym, ale chronometrem na naciąg. Widoczny jest zresztą na zdjęciu L. Czecha z lipca 1922 , kiedy to dokumentowane były przez niego dni powrotu Rybnika do Polski. Nie wiadomo jednak czy potem był to ten sam chronometr. Kolejny dom to kamienica Neumannów przynależna do Reja, lecz od strony Sobieskiego znajdował się drugi sklep obuwniczy Gawrona. Jeszcze w 1925 był tu sklep odzieżowy Otto Bayera. Gawron jeden sklep (ten pierwszy?) miał na rynku w sąsiedztwie bezpośrednim ratusza. Na górze domu mieszkała rodzina Skoczeniów. Powoli przekraczając Reja zbliżamy się do rynku, do końca naszego spaceru. Rogowy dom był własnością rodziny Nowaków i na rogu - jak dziś -  działał  mistrz fryzjerski Korbasiewicz. Latem z otwartych okien na piętrze dało się słyszeć piękne dźwięki , jakie z fortepianu wydobywała żona właściciela kamienicy , pani Nowak. Kolejny dom - własność Nowaków - mieścił winiarnię "J.Pogoda", której właścicielem był Hugo Cichy. Oferowała ona m.in. "Dobrze pielęgnowane piwa Rybnickie, Okocimskie i Tyskie w syfonach do domu". Oczywiście największy był wybór win. Obok znajdował się sklep ze światem kawy "Kaiser's Kaffee Geschaeft" . Była to gdańska firma zajmująca się paleniem kawy. W sklepie klienci zbierali kuponiki za zakupy i przy odpowiedniej ilości wracało się do domu np. z przepięknym serwisem do kawy z ćmielowskiej porcelany "cienkiej jak papierek". Na fotografiach z okresu przed pierwszą wojną sklep znajdował się w  ostatnim domu, co widoczne jest na widoku z rynku. Później w tym ostatnim domu jako sąsiad rynkowego Pragera usadowił się sklep Leschczinera. Dom zreszta należał do jego rodziny. Leschczinerowie nb. na dawnej Breitestrasse mieli do pierwszej wojny światowej sporo majątku. Na Sobieskiego kwitło życie towarzyskie i handel. O ile domy nie tak często , to sklepy zmieniały właścicieli jak wszędzie. Pewnie niejeden został pominięty jak np. Braci F.F. Ćwik słynących w branży krawieckiej i futrzarskiej, który znajdował się gdzieś na tej ulicy czy "Drogeria Warszawska". Pierwszy z całą pewnością istniał tu w połowie lat dwudziestych ubiegłego wieku, drugi chyba w latach 30-tych...

W spacerze po ul. Sobieskiego towarzyszyliśmy Michałowi Palicy

do góry



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spacerkiem po Rynku.

Rynek pierzeje północna i wschodnia.
    Centralny plac miasta także przed wojną niejednokrotnie zmieniał swój wygląd. Jego historia jest bardzo ciekawa. Wyodrębniono go w czasach lokacji grodu XIII  / XIV w. w miejscu dawnego stawu , po którym została struga płynąca w
poprzek rynku. Pierwsze murowane budynki pojawiły się z końcem XVIII w. Idzikowski informuje w swej Kronice z 1861 , że wszystkie 22 domy rynkowe były już wówczas murowane. Kamienice na rynku są dość zróżnicowane architektonicznie. Nas interesuje 20-lecie międzywojnia. O ile właściciele w tym czasie raczej się nie zmieniali , to wynajemcy lokali i ich asortyment jak wszędzie podlegał zmianom. Stąd trudno czasami ustalić w jakich latach kto zajmował dany lokal. Jeśli był to właściciel budynku i prowadził jakiś interes, to on trwał w danym miejscu najczęściej przez cały okres II RP. Musimy jednak przypomnieć o nieszczęściach i zamieszaniu jakie przyniosła hiperinflacja 1923roku, a potem wielki kryzys światowy. Czasem jeszcze przez kilka lat dawni właściciele byli w stanie utrzymać stan posiadania, ale potem się poddawali i odsprzedawali swe domy ze stratą tym co się dorobili.
    Zdarzało się jednak , że musiałem mym “przedwojennym” krajanom udowodnić , np. , że Maria Wilkowska zanim otwarła znany wszystkim sklep na Łony miała punkt na rynku , co wiedziałem z mych domowych reklamówek. I oto szczęśliwie znalazłem zdjęcie gdzie wyraźnie widać jej sklep na rynku. Podobnie Gawron “przedwojennym” rybniczanom kojarzył się wyłącznie z ul. Sobieskiego i z obuwiem , a przecież był także tytoniowy sklep Gawrona na rynku. Potem był obuwniczy. Nie pamiętają tego , bo po prostu byli wtedy za mali. A poza tym człowiek najlepiej pamięta to, co było na początku i to co się zdarzyło na końcu jakiegoś okresu życia.
    Rynek 1. Tu była stara kamienica Urbańczyków, potem Mateyków. Powstała w I poł. XIX w. Przebudowano ją w 1925 ze stylu klasycystycznego na klasycyzujący modernizm. Na tympanonie widoczne litery OS czyli Oswald Mateyka. Na parterze częściowo zachowane sklepienia z XIX w. Mateyka miał widać słuszne powody , aby dom przebudować ,  ale i dawny gmach miał swój urok . Czasem człowiek się dziwi , że nawet przed wojną piękne stare fasady zmieniano na proste kloce. Tym bardziej szkoda , bo po wojnie niektóre kamienice wogóle zniknęły. W budynku numer  1 był skład towarów kolonialnych Jan Urbańczyk' Syn , którego jako właściciel widnieje Anton Dessner.. Była tu też palarnia kawy. Inż. Szlesak mówił  onegdaj , że dom ma wielce ciekawe fundamenty wskazujące , iż jest jednym z najstarszych miejsc w Rybniku. W lokalu z prawej widzimy na zdjęciach z lat 30-tych mleczarnię.  Następny dom należał do Nowaków , potem Scharlów i znajdowała się tu m.in. ich piekarnia (z prawej). Dom z XIX w. Ten dom jak i “4” Mateyków noszą znamiona stylu klasycystycznego. Tak jak dziś , rynek był miejscem rozlicznych imprez. To tutaj zaczynały się starty wyścigów kolarskich czy motocyklowych , co uwieczniono na fotkach. W omawianej kamieniczce na fotkach z lat 30-tych widzimy z lewej szyld Rybnicki Młyn Motorowy (1934), a rok później Młyn Motorowy dóbr rycerskich Bełk. Co jeszcze bardziej ciekawe na fotografii z 1928 widzimy w tym miejscu szyld "Wiedeński Chic". Dwa kolejne domy należały do Mateyków . Pod numerem “3” Oswald Mateyka prowadził hurt mąki , Kurt Vieveg miał piekarnię. Pod czwórką  Franza Mateyki był jego sklep rzeźniczy, potem kaufhaus Willy Rahmera . W 1922 właścicielem był kupiec Juliusz Malik , a w tym samym roku Górnośląski Bank Handlowy. Jeszcze w 1927 znajdował się tu skład porcelany i kryształów Józefa Przybyły. Po kupnie domu w 1927 (1929) przez Jana Nogę Przybyła musiał opuścić lokal (przeniósł się w sąsiedztwo Banku Ludowego), a w jego miejsce powstał sklep z porcelaną , kryształami, szkłem i galanterią Jana Nogi.  W 1925 miało tu siedzibę “Towarzystwo na rzecz opieki nad uchodźcami z państwa niemieckiego i czeskiego” z centralą w Katowicach, a także sklep tekstylny Piecha  i synowie gdzie każdy członek “Sokoła” otrzymywał 5% rabatu. Dom pochodzi z XIX w. Jak widać piekarnie były wizytówką tej ściany naszego rynku.
    Z północnej przenosimy się teraz na wschodnią pierzeję rynku. Tu na pocztówkach z początku wieku widzimy niewielki dom , zaś po przebudowie przez firmę Martiny - Malinowski wczesnomodernistyczną budowlę , której widok związał się nieodłącznie z naszym rynkiem. Tu mieścił się przed wojną znany dom handlowy Pragera. Na jego zapleczu znajdowała się szwalnia i pracownia krawiecka R. Lubosa. Kupiony tuż przed wybuchem wojny przez rodzinę Dziwokich. Kolejny dom był w początkach XX w. znacznie ciekawszą , niż dzisiejsza , neorenesansową budowlą . Tu mieściło się dawne przejście do fabryki cukierków “Delicje” należącej do brata "czekoladowego" potentata Sobczyka i rozlewni octu Józefa Kuczery, który był z zawodu destylatorem. Przejście ciągnęło się aż do Placu Wolności. Zaś w samym budynku miała miejsce restauracja Adama Przybyły, który był właścicielem do 1932. Potem przeszedł na własność Franciszka Przybyły i jego żony Magdaleny. Oboje pochodzili z Grodziska. Od 1939 właścicielem stał się kupiec Jan Noga. Adam Przybyła miał też wytwórnię wódek i likierów oraz restaurację w Katowicach.  Zmarł młodo.  O jego barwnej postaci nieco więcej w innym miejscu. Następna klasycystyczna kamienica z XIX w. była własnością rodziny Buchalików. Ryszard Sobczyk  poślubił córkę Buchalików, mieszkali w wielkiej kamienicy naprzeciw starego kościoła. W tym domu zamieszkiwali księża i kościelny Gilner zanim wybudowano w 1938 nowe probostwo. Sobczykowie mieli bryczkę, potem auto. Jako ciekawostkę można dodać, iż  za tzw. proboszczówką na Placu Kościelnym były stajnie. Potem wybudowano tam kamienicę. Sam Ryszard Sobczyk podobnie jak brat Jerzy produkował słodycze. Manufaktura jego "cukierków na worki" znajdowała się w oficynie za kamienicą Buchalików i sięgała do Pl. Wolności. W samej kamienicy znajdował się po prawej delikatesowy sklep Przegendzy, gdzie m.in. kupowano znakomite masło z Gostynia. Przegendza znany z Bractwa Kurkowego często chodził na polowania. Stąd w chętnie odwiedzanych delikatesach duży wybór dziczyzny. Były wspaniałe sałatki itp.  Bruno Buchalik , który parał się handlem mąką zajmował pomieszczenia na lewo budynku W tym też domu znajdujemy w 1924 skład zegarów i warsztat naprawczy Ludwika Lukaszczyka. Wreszcie charakterystyczna kamienica z balustradą i figurą. Należała do A. Boehma , który trudnił się dużym importem spożywczym. Dom w stylu neorenesansu. Znajdował się w nim  kolonialny skład towarów właściciela i palarnia kawy. Rybniczanie wspominają jego sympatyczną żonę , która tam sprzedawała. Dzieciakom rozdawała cukierki, świetnie zachwalała towar , nie wypuściła nikogo bez zakupów....Zginęła w obozie. Podobnie jak jeden z jej synów. Pan Boehm ocalał. Po wojnie pochowany już jako katolik. Następna kamienica należała do Godowskich. W tym domu w połowie lat 20-tych sprzedawali meble Bracia Jojko, potem był porcelanowy J. Przybyły. Na innych zdjęciach na balkonie widzimy szyldzik zakładu krawieckiego pana Bilińskiego, krawca męskiego , pod nim  na I pietrze krawiectwo damskie prowadziła od 1931 Eleonora Buras.W następnym domu znajdował się Bank Ludowy , po lewej, a po prawej sklep z rowerami  Leona Morawca , gdzie także kupowano wózki dziecięce i był punkt  wulkanizacji. Ten dom był własnością banku. Około 1925 na rynku znajdował się też Konsum towarów delikatesowych i kolonialnych J. Hoffmanna, być może tu. Dom z XIX w. podobny do “1” czyli styl klasycyzujacego modernizmu. Wreszcie ostatni dom po tej stronie rynku. Był własnością w 1/3 farmaceuty z Katowic Wacława Mrozińskiego i w 2/3 Pawła i Karola Mende. W tym domu znajdował się znany wszystkim łasuchom “czekoladowy” sklep Koenigsfelda , a obok apteka “Marjańska”.  Przed przebudową była to ładna kamienica z małymi okrągłymi okienkami na poddaszu. Ściana wschodnia jest najbardziej rozbudowaną częścią naszego rynku.
 

   Rynek pierzeje południowa i zachodnia.
    Największe zmiany w XIX w dokonały się w naszym Rybniku , a więc i na rynku za burmistrzowania  Antona  Żlasko i Roberta Fuchsa. Mamy naprawdę ładny ryneczek. Właściciele domów dbają, aby zachować podstawowe ich historyczne cechy. Świat musi się zmieniać to normalne. Jak ktoś powiedział inaczej byśmy mieszkali  dalej w średniowiecznych zamkach i kasztelach. Na południowej ścianie pierwszą jest kamienica Jonasa Aronadego przebudowana dla potrzeb księgarni w latach sześćdziesiątych. Przypomnijmy , że żydowska rodzina Aronadych zginęła tragicznie w czasie wojny. Tu mieścił się znany skład  towarów kolonialnych właściciela. W budynku obok - bardzo ładnej kamieniczce znajdował się cukiernia. Polacy nazywali ją “Maleńka”, a Niemcy , tłumacząc : “Domek trzech dziewcząt”. Na fotografii z 1935 widzimy w tym miejscu sklep o nazwie "Centrala pończoch".  Mieścił się też tu sklep z porcelaną Nogów , którzy zresztą mieszkali na pięrze. A wcześniej sklep A. Aronadego. Kiedyś stał tu domeczek będący własnością Aronadego. Został wyburzony  i powstała nowa ładna , wysoka kamienica. Należała  potem do Nogów. Kolejny dom był własnością Karola Jokla , jednego z trzech braci. Bruno był
piekarzem na Kościelnej. Drugi tapicerem. Ten z rynku był rzeźnikiem. Czasem wydaje mi się, że w dawnym Rybniku było tyle samo rzeźników , co i dzisiaj w śródmieściu. Może to miasto powinno zmienić nazwę... Dla odreagowania “krwawego tematu” - obok w tym samym domu znajdował się znany sklep obuwniczy  Fr. Heidricha. Wcześniej, w początku lat trzydziestych ub. w. - co widoczne jest na zdjęciach - lokal ten zajmował  L. Tatarczyk ze swym sklepem galanteryjnym. Dla osłodzenia - właścicielem kolejnej sporej kamienicy był Georg (Jerzy) Sobczyk , którego fabryka słodyczy słynęła od XVIII w. Jej trzon znajdował się najpierw na tyłach domu. Wchodząc do bramy od Korfantego - wytwórnia był na lewo , a na prawo zakład wyrobu świec i gromnic Ten lub podobny "świecowy interes "właściciel miał też koło sądu rybnickiego. Sobczyk  przeniósł fabrykę za Hotel Polski , by po spaleniu się ok. roku 1937 garbarni Żurków usadowić ją na tym terenie (mniej więcej gdzie dziś Biedronka przy Skłodowskiej) . Pałacowa kamienica Jerzego Sobczyka nawiązuje bezpośrednio do włoskiego renesansu. Szczególnie rzucają się w oczy : balustradowa attyka , wykusz w osi środkowej i piękne fryzy. To też budowla z XIX w. W sklepie Sobczyka nieraz przebywało sporo ludzi , bo tu można było bardzo tanio nabyć tzw. czekoladowe ścinki z bieżącej produkcji. W reklamówce czytamy : "R. Sobtzick , rok założenia 1790. Fabryka miodowników, keksów, cukierków i świec ołtarzowych". W lokalu rogowym prosperował Josef Gorzelanczyk, ale na innych fotkach widzimy sklep Larisza.   

       Przechodzimy teraz na stronę zachodnią rybnickiego rynku. Tu w kamienicy przylegającej do Hotelu Polskiego znajdował się sklep z kapeluszami Marii Wilkowskiej, nim jej firma na stałe “osiadała“ w domu na Łony. Maria Wilkowska zmarła jeszcze przed wojną, ale jej imię pozostało w nazwie firmy prowadzonej dalej przez siostrę. Salon Wilkowskiej sąsiadował ze sklepem  sukienniczym H.Weigmanna. Rynek 14 , to klasycystyczny dom z XIX w. chyba najstarszy w obrębie Rybnika. Drugim był dom na rogu Zamkowej i Rynkowej , który wyburzono w latach 60-tych. Kamienica była własnością Byśków i tu mieściła się Stara Apteka oraz sklep radiowy. Jeden z Byśków zasłużył się dla rybnickiego sportu motorowego. Sam dom pochodzi z XVIII w. , po przebudowach w stylu klasycystycznym , pokryty tzw. dachem naczółkowym. Za domem znajdował sie wielki unikalny ogród. A po przeciwnej stronie ulicy Raciborskiej znajdował się dom H. Sladky'ego. Zniszczony w końcu wojny. Sladky prowadził skład wszelkich materiałów metalowych W jego domu znajdował się też sklep z wełną, bawełną i jedwabiem Józefa Szewczyka. Na innym zdjęciu widzimy w tym miejscu szyld Ł. Piecha. Wreszcie dom nr.17 i on zamyka nasz łańcuch budowli rynkowych. Przylega on bezpośrednio do ratusza. Ta klasycystyczna budowla podobnie jak Rynek 6 została przebudowana w latach trzydziestych bezpowrotnie zatracając swój ciepły wygląd. Podwyższono ją o jedno piętro i pozostawiono do dziś w stylu ( a raczej jego braku) tzw. funkcjonalizmu. W tym domu należącym do Simonów - Zimoniów znajdowała się w początkach ub. stulecia restauracja , a potem w jej miejsce hurtownia tytoniowa Gawrona, a potem sklep z eleganckim obuwiem.  Po lewej na starym zdjęciu  z 1925 widzimy szyld  “M.Pik Nast”. Pik reprezentował renomowaną firmę kapeluszniczą.  “Przedwojenni” panowie wspominają świetne kapelusze z tego sklepu. W reklamówkach znajdujemy też firmę Wincenty Zimoń założoną w 1867 z artykułami męskimi , konfekcją i futrami. I to ona widnieje potem na zdjęciach w miejsce Pika. Firmy zmieniały się i czasem trudno ustalić która gdzie się znajdował jak np. w 1925 delikatesy Józefa Budnego, czy w 1928 drogeria E. Kiszki (podawany jest adres Rynek 16), ale większość  tych z lat 20-lecia udało się zlokalizować dzięki  pamięci “przedwojennych” rybniczan i zachowanym starym dokumentom oraz fotografiom. O ratuszu z 1823 już tyle napisano, że nie będziemy się w tym miejscu nim zajmować. Rybnicki rynek po zmianach jakie dokonały się za prezydentury Józefa Makosza wydaje się dziś jeszcze  bardziej kolorowy i żywy. Kiedy się to dokonywało na początku lat 90-tych  udałem się na wieżę  remontowanego ratusza i sfilmowałem amatorską kamerką część rybnickiej transformacji.  Znikała właśnie komunistyczna dołująca szarzyzna. Nadchodził kolorowy drapieżny kapitalizm.

Po przedwojennym Rynku oprowadzał Michał Palica.

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spacerkiem po ul. Reja.
Tu przed wojną najwięcej było fryzjerów.

    Reja to króciutka uliczka w ścisłym śródmieściu łącząca ulicę Jana III Sobieskiego z Placem Wolności. Przed nadaniem jej nazwy tego , który stwierdził, że Polacy nie gęsi była ulicą skądinąd zasłużonego burmistrza Rybnika Fuchsa. Rogowy dom przy Sobieskiego i Reja należał do Neumannów. Neumann był mistrzem malarskim. Dom ten to właściwie dwa domy na Reja 1-3. Na piętrze zrobiono przejście jakby do jego drugiej części. Dobrze go pamięta rybniczanka pani Aleksandra, która tu jakiś czas przed wojną mieszkała. Pisaliśmy już o tym przy okazji omawiania ulicy Sobieskiego, że mieszkanie rodziny Skoczeniów czyli także pani Aleksandry Majewskiej miało okna tak na ulicę Sobieskiego jak i Reja. Od Sobieskiego w latach 20-tych XX w. znajdował się sklep z odzieżą Otto Bayera, a potem obuwniczy Gawrona. Natomiast od strony interesującej nas ulicy Mikołaja Reja znajdujemy następujących wynajemców : J. Kulpę ze sklepem galanteryjnym - "Fajki, szczotki, lustra i wyroby skórzane" i J.Czaplę , który prowadził tu sklep z bronią i amunicją, ale także zajmował się handlem "pojedynczymi meblami". Na górze zamieszkiwali m.in. Kowaczykowie. Kiedy w II poł lat 30-tych dobudowano drugie piętro w nowym mieszkaniu zamieszkali Pustówkowie. W kolejnej kamienicy po stronie nieparzystych numerów czyli w domu niemieckiej rodziny Zoremba, których córka wyszła za pana Kuczerę (potem Kuczerowie byli właścicielami) swój salon fryzjerski oferujący "bardzo czystą usługę" prowadził Jan Szafranek - ojciec założycieli naszej Szkoły Muzycznej. Domek, w którym mieszkał Jan Szafranek znajdował się naprzeciw "okrąglaka" Cechu Rzemiosł różnych i został wyburzony w 2007 roku. W omawianym domu na Reja swój zakład prowadził V.P. Zoremba. Zakład zajmował się optyką, czasomierzami i złotnictwem. Kamienica oznaczona numerem 7 należała do rodziny Stęchłych, którzy przybyli do Rybnika z Wodzisławia. Zakupiona w 1937. W tej kamienicy znajdowała się m.in. lodziarnia, którą prowadził (także jeszcze po wojnie) Konrad Stęchły. Jego brat stał się niejako twórcą sporej grupy rybnickich adwokatów.                                         

Ostatni dom był własnością rodziny Bezegów, która przybyła do Rybnika z cieszyńskiego. Jan Kazimierz Bezeg  nabył posesję mieszczącą się na rogu Reja i Placu Wolności  prawdopodobnie od Nowaków. Jan Kazimierz ur.1890 i jego żona Joanna z domu Talarek (z Zaolzia) ur.1891 po ślubie w Jabłonkowie koło Karwiny przybyli do Rybnika gdzie po zakupieniu domu znacznie go rozbudowali, co ilustrują bardzo ciekawe zdjęcia. Prezentujemy na jednym z nich dom przed przebudową. Dom jest o piętro niższy i krótszy. Pan Bezeg sporo go powiększył. Miasto potrzebowało nowych kadr we wszystkich niemal dziedzinach życia w Odrodzonej Polsce, budowano więc i rozbudowywano w Rybniku domy na mieszkania czynszowe dla przybywających nauczycieli i fachowców różnych specjalności.Na fotografii widoczne jest wyraźnie przejście od strony ul. Reja na podwórze gdzie mieścił się m.in. zakład ślusarski pana Klosseka. Dziś jest w tym miejscu dobudowana część domu. Poza tym widzimy na tym interesującym zdjęciu, że zabudowa za Bezegami była aż do Sobieskiego niska, bo w dali widać górę wysokiej kamienicy Jojków na Sobieskiego. Jan K. Bezeg, który był policjantem miał ze swą małżonką Joanną czterech synów i córkę Marię. W kamienicy swój zakład skórzany prowadził Żyd Weissmann. Tu także prowadził działalność handlowo-rzemieślniczą inny Żyd, złotnik Goldberg. Najbardziej jednak jest pamiętany zakład fryzjerski M.Grębowicza z wejściem od strony pl. Wolności. Do niedawna znajdował się tu zakład fotografii cyfrowej Sonar, obecnie salon obuwniczy. Tak więc od tej strony Reja mamy przed wojną dwóch złotników-zegarmistrzów i dwa salony fryzjerskie.
    Zdrowa konkurencja. To właśnie klasa średnia - która w Polsce nie jest chyba zbyt doceniana - stanowi o mocnej pozycji państwa i dobrobycie narodu. To jak w piłce - bez formacji środkowej czyli pomocy ani atak ani obrona nic by nie mogły zdziałać.
    Wróćmy na ulicę Reja. Po przeciwnej stronie chyba wszystko należało do rodziny Nowaków. Charakteryzowała się niską zabudową podobnie jak Rynkowa od strony południowej czyli od strony browaru Muellera. W kamienicy na rogu Sobieskiego i Reja zakład fryzjerski otwarł Korbasiewicz. I to by było na tyle, bo o kinie "Helios"\' które tu się znajdowało i które prowadziła pani Madajowa już pisaliśmy przy okazji omawiania przedwojennych rybnickich kin (2007). Kino wejście miało od strony pl. Wolności. Jak widzimy kasy znajdowały się na zewnątrz (okienka), wchodziło się więc bezpośrednio na salę kinową. Od strony Reja sala projekcyjna miała okna zasłonięte ciemnymi kotarami. Sprytne dzieciaki znajdowały jednak czasem szparę i stawały się pełnoprawnymi - jakkolwiek darmowymi - widzami. Co ubożsi dorośli zresztą robili to samo. Niektórym musiała rzeczywiście bieda doskwierać, bo bilet kosztował jedynie 49 groszy, a filmy leciały 24 godziny na dobę. Natomiast mistrz rzeźnicki Georg (Jerzy) Nowak od strony Reja prowadził jeden ze swoich zakładów. Dziś nie ma już ani budynku kina, ani zakładu mięsnego. Jak to mniej więcej wyglądało można jednak odnaleźć na powojennych pocztówkach i zdjęciach. Reja to króciutka uliczka, ale jak zauważymy i na małej przestrzeni wiele mogło się dziać.

Spacerował Michał Palica

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Nigdy nie zapomnę tego błysku w oku - wspomnienie o Łukaszu Romanku

W sobotni wtedy poranek obudził mnie dźwięk sms-a. Ponieważ było wcześnie rano, jego treść była jakby za mgłą... to, co jednak przeczytałem postawiło mnie na równe nogi. Czytałem tą wiadomość od mojego kolegi kilkakrotnie... nie mogąc wprost uwierzyć w to, co widzę na ekranie mego telefonu. Natychmiast zadzwoniłem do niego i wtedy usłyszałem, że to niestety prawda...

Łukasza bliżej zacząłem poznawać w roku 2002. Wtedy to właśnie podjąłem współpracę z Intermedia Group, która wtedy relacjonowała mecze tylko drużyny RKM Rybnik. Pamiętam pierwsze spotkania, wywiady. Łukasz był niezwykle serdecznym człowiekiem - skrytym, niezbyt rozmownym na początku, ale z czasem się rozkręcał. Pamiętam nasze wspólne wyjazdy na mecze, kiedy jeździliśmy klubowym autobusem.
Kiedyś jechaliśmy na mecz ligowy do Rawicza. Łukasz uwielbiał piętrowe autobusy, zatem ulokowaliśmy się na górze. Wtedy to pierwszy raz miałem okazję z nim szczerze porozmawiać, bez kamer, bez tego meczowego pośpiechu. Byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co mówi. Natychmiast zauważyłem jak ważną częścią życia jest dla niego speedway. Z jaką pasją opowiada o każdych zawodach - o tych, co były i o tych, w których dopiero miał pojechać.

Jego warsztat był wprost bajeczny. Jak na zawodnika w tym wieku, wszystko miało swoje miejsce. Łukasz pieczołowicie przygotowywał się do każdych zawodów. Wielką dbałością darzył swój sprzęt, który był dla niego wszystkim. Nad warsztatem czuwał jego ojciec, Adam, zatem nie było możliwości, aby czegoś zabrakło. Łukasz wielokrotnie podkreślał, że gdyby nie tata, nie osiągnąłby tego, co ma.
Ciężko mi wracać, do tego feralnego wypadku w Lesznie. W mej pamięci jednak, zapadła rozmowa, w której wielokrotnie pytał mnie, czy pojedziemy tam ze swoimi kamerami. Nie dostaliśmy jednak tego zlecenia, zatem powiedziałem, że nie. Widziałem, że był smutny i próbował jakby wymóc na mnie, abym zmienił tą decyzję. Jakby coś przeczuwał...
Kiedy spotkałem się z nim po raz pierwszy od momentu wypadku, był to już inny Łukasz, niż ten, którego znałem. Był jakby nieobecny, jakby w swoim własnym świecie. Widziałem, że coś jest nie tak, ale on ciągle powtarzał, że to minie, że to normalne. Nie do końca w to jednak wierzyłem, ale tym razem postanowiłem mu zaufać.
W kolejnych miesiącach jeździł nieźle, ale ciągle czegoś brakowało. Na treningach wygrywał z najlepszymi, w zawodach indywidualnych także. W lidze jednak ciągle nie było idealnie. Kiedyś wspomniał, że ma tego dość, że już nigdy nie będzie jeździł, tak jak kiedyś. Mówił, że chyba skończy jeździć. - Będzie jeszcze czas, że będziesz najlepszy. Przyjdą takie chwile, że wszyscy będą się Ciebie bali, a Ty będziesz jechał jak z nut - odpowiedziałem. Pamiętam wtedy jego wzrok. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale jednocześnie zauważyłem ten błysk w oku, którego nie widziałem, już bardzo długo.
Kilka dni potem zdobył tytuł Indywidualnego Mistrza Polski Juniorów. Po błyskotliwym wywiadzie, który miałem okazję z nim przeprowadzić, kiedy operator wyłączył kamerę, wykrztusił: Dziękuję. Jego uścisk dłoni i tą radość pamiętam do dziś.
Kolejne sezony to znowu tak samo. Super w turniejach, a w lidze niezbyt różowo. Łukasz coraz bardziej zamykał się w sobie. Mówił mi, że brakuje mu jakiegoś impulsu, spektakularnego zwycięstwa, aby się odbudować.
Bardzo cieszył się z wyjazdu do Australii. Wrócił jakby inny Łukasz, odmieniony, uśmiechnięty, pewny siebie. Nie zapomnę, jak na prezentacji drużyny rozmawialiśmy o kangurach, o betonowych bandach, o zwycięstwach. To było coś niesamowicie pięknego.

Piątek, 2 czerwca będę pamiętał do końca życia. Byłem na ostatnim jego treningu. Łukasz cieszył się, że pojedzie do Leszna. Pamiętam, jak żegnałem się z nim po treningu, rzucił do mnie krótko: To było to.
Kilka godzin później już nie żył.

Kiedy oglądam nasze wspólne wywiady, kiedy oglądam mecze i zawody, które miałem przyjemność komentować, ogarnia mnie i radość, i zarazem żal, i ogromny smutek. Z jednej bowiem strony cieszę się widząc go ponownie w kasku na torze. Widząc jego radość z wygranych biegów. Z drugiej strony, ciągle liczę na to, że jego niebieski Peugeot Boxer wjedzie do rybnickiego parkingu. Z niego wysiądzie Łukasz i powie mi: Wiem, wiem, powiem ci coś do twego mikrofonu. Ale po zawodach.
Brakuje mi go bardzo. I nie tylko jego. Komentowałem także spotkania z udziałem Rafała Kurmańskiego i Roberta Dadosa. Oni także często gościli przy moim mikrofonie...
Mam nadzieję, że na tym już koniec. Mam nadzieję, że już nie włączę płyty z mojego domowego archiwum i nie powiem sam sobie: Szkoda, że już nie zadam ci nigdy kolejnego pytania.

 

Spoczywaj w pokoju Łukaszu. W moim sercu jest dla Ciebie miejsce. Już na zawsze.

Michał Stencel

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Norbert Kwaśniok 06.03.1931 - 16.07.2005. Prezes Towarzystwa Miłośników Rybnika od 30.11.1999 -16.07.2005

Norbert Kwaśniok przyszedł na świat 6 marca 1931 r. w Katowicach, w rodzinie, dla której polskość znaczyła wszystko. Ojciec Norberta - Alojzy Kwaśniok - uczestnik III Powstania Śląskiego, Strzelec Bytomski, w maju 1920 roku maszerował na Kijów, skąd po powrocie trafił ponownie na front. Tym razem jako żołnierz walczący w sierpniu 1920 roku z nawałą bolszewicką wziął udział w walkach pod Dęblinem oraz w słynnej Bitwie Warszawskiej. W domu Kwaśnioków bardzo mocno eksponowany był kult Józefa Piłsudskiego. Dlatego też czteroletni Norbert wziął wspólnie z ojcem udział najpierw w pogrzebie Marszałka, a potem w usypywaniu Kopca Piłsudskiego na Sowińcu w Krakowie. Innym bardzo ważnym przeżyciem pięcioletniego Norberta był wyjazd także do Krakowa, ale tym razem z Pułkiem Strzelców Bytomskich. Byli powstańcy często zabierali z sobą rodziny. Jechali ze sztandarami, w mundurach lub odświętnych ubraniach cywilnych. Alojzy Kwaśniok chciał, by jego dzieci, nawet takie małe, uczestniczyły w ważnych patriotycznych uroczystościach. Takie wychowanie, poprzez osobiste uczestniczenie, poprzez wspólne przeżywanie doniosłych wydarzeń przyniosło efekty. Norbert szybko posiadł szacunek dla wszystkiego, co wiąże się z przelewem krwi za Ojczyznę. Został zapisany przez rodziców do drużyny zuchów, by chłonął tam atmosferę polskości i uczył się koleżeństwa, lojalności i współpracy z innymi. Aniela i Alojzy Kwaśniokowie przywiązywali ogromną wagę do wychowania swych dzieci. Pragnęli, by uczyły się muzyki, chodziły do teatru, kina, na koncerty. Mały Norbert uczył się gry na skrzypcach, pianinie i akordeonie. Ponieważ ojciec również bardzo dobrze grał na skrzypcach, w domu często urządzano wspólne koncertowanie. Wybuch II wojny światowej zastaje rodzinę Kwaśnioków w Katowicach. 4 września, gdy do miasta wkraczali Niemcy, i byli owacyjnie witani przez większość mieszkańców, Norbert wraz ze swoimi kolegami obserwował wchodzenie wojsk agresora do Katowic. Następnego dnia rano do domu przyszło dwóch umundurowanych Niemców i nakazali rodzinie w ciągu 5 minut opuścić mieszkanie. Norbert Kwaśniok słyszał niemieckie słowa: In fünf minuten muss die Wohnung geräumt werden! Anielę Kwaśniokową z dziećmi Niemcy zaprowadzili do wyznaczonego budynku, gdzie już zgromadzono wiele takich rodzin. Duża sala wypełniona była już ludźmi. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że był to punkt zbiorczy do wysyłki do obozu koncentracyjnego, które już w Niemczech istniały od 1933 roku. Dzięki łapówce i interwencji siostry Jadwigi, Kwaśniokowie zostali wypuszczeni. Zamieszkali w innym domu. Alojzy Kwaśniok został zwolniony z aresztu z poleceniem natychmiastowego opuszczenia Katowic i podjęcia pracy w Cieszynie. Aniela Kwaśniokowa z dziećmi opuściła Katowice i dotarła do Cieszyna. Tam wynajęła malutki pokoik, gdzie potem wspólnie z całą rodziną przemieszkali całą okupację. Norbert uczęszczał do szkoły, a 5 lipca 1942 r. przyjął I komunię Św. Prawie natychmiast z wyzwoleniem spod niemieckiej okupacji zaczęły działać polskie szkoły. W 1947 roku udało się zamienić mieszkanie w Cieszynie na mieszkanie w Katowicach. Tego samego roku Norbert został wysłany do gimnazjum Pijarów w Krakowie. Po jego ukończeniu, dlatego, że miał złe pochodzenie ( „prywatna inicjatywa”) nie przyjęto go na studia. Dopiero w 1951 r. zdał egzaminy wstępne na politechnikę. Na drugim roku studiów powołano go jednak do służby wojskowej z przydziałem do marynarki wojennej. Znowu pochodzenie dało znać. Jako synowi kapitalisty, przydzielono tzw. służbę zastępczą. Zabrano go do pracy w kopalni „Wałbrzych”. Służba ta trwała 24 miesiące. Norbert Kwaśniok rozpoczął fizyczną pracę na dole kopalni. Kiedy jednak przyznał się, że zna język niemiecki, często wykorzystywano go jako tłumacza, gdyż część dozoru technicznego składa się z Niemców. Od tej pory przydzielano mu różne prace w biurze projektów. W 1954 roku minister Obrony Narodowej PRL wydał rozkaz, iż wszyscy ci, którzy przerwali studia, by wypełnić służbę wojskową, mogą ją wcześniej ukończyć i na studia powrócić. Tak więc Norbert Kwaśniok wykorzystał tę sytuację i po 20 miesiącach pracy w kopalni „Wałbrzych” wrócił na Politechnikę. Marzeniem Alojzego Kwaśnioka było, by jego syn studiował chemię i poprowadził po nim fabrykę. Osiedlenie sięKwaśnioka z żoną SabinąRybniku nastąpiło w 1972 r., gdy otrzymał zatrudnienie w górnictwie. Jednak ten etap też nie trwał długo. Zakładał kolejne firmy, aż znalazł możliwość w miarę stabilnego funkcjonowania. Norbert Kwaśniok był wychowywany w kulcie dla książki. Ojciec zaszczepił mu nie tylko chęć czytania, ale też zbierania książek. W domu stworzył pokaźną bibliotekę. Gromadził książki i różnego rodzaju wydawnictwa. Stąd też pomysł, aby być wydawcą książek. Książek o Rybniku. Jako przedsiębiorca nigdy się nie skarżył. Ciężko pracował i sam sobie zawdzięczał swoje niemałe sukcesy życiowe. Jest to piękna cecha, jaką posiadał Norbert Kwaśniok, do której warto się odwoływać, którą warto poznawać, pielęgnować i na jej podstawie uczyć, jak godnie i mądrze żyć. Miał niezwykle silną wolę, nieograniczoną wprost odporność na wszelkie przeciwności i ogromną wiarę, że mu się uda. Przeogromna ciekawość świata i ludzi były siłą napędową wszelkich jego działań. Jego działalność społeczna może być tego potwierdzeniem. Był fundatorem pomnika ostatniego z Piastów - księcia Jana Dobrego odsłoniętego w 2000 r. przed rektoratem Uniwersytetu Opolskiego. Piastował również funkcję prezesa Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Uniwersytetu Opolskiego. Dzięki Jego inicjatywie jako prezesa Towarzystwa Miłośników Rybnika i fundatora, odsłonięto w 2000 r. tablicę pamiątkową, a w 2005 r. duży drewniany krzyż upamiętniające pobyt Karola Wojtyły w Rybniku-Stodołach. Norbert Kwaśniok dla każdego, kto go znał, zostanie w pamięci jako człowiek niezwykły, o niebanalnej osobowości, niezwykle przedsiębiorczy, ale i pomagający innym w realizacji "prawie marzeń", aktywny, dynamiczny i bardzo charakterystyczny dla regionu, w którym żył i którego synem się czuł – Ziemi rybnickiej. Śląska.
                                                                                                                                                                                                                       Marek Wołoski

do góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prowokacja hitlerowska we wsi Stodoły to jeden z zapomnianych epizodów II wojny światowej.

31 sierpnia 1939 roku, koło godziny ósmej wieczorem, mieszkańcy niemieckiej wsi koło Rybnika usłyszeli głośne krzyki w języku polskim. Uzbrojona grupa mężczyzn wyszła z lasu i skierowała się w stronę przygranicznej strażnicy. Napastnicy śpiewali na całe gardło polskie pieśni, wychwalali ministra Józefa Becka i wygrażali Hitlerowi. Wioska zamarła, ludzie pochowali się w domach. Grupa otworzyła ogień, ostrzelano budynek celny, opór był słaby. Ktoś ogłosił, że teraz strażnica należy do Polski, bo opanowali ją powstańcy śląscy.
- Ludność była całkowicie zaskoczona, nikt się nie spodziewał takiego ataku. Gdy wszystko ucichło, w polu na granicy zostało kilkanaście ciał w niemieckich i polskich mundurach - mówi dr Bogdan Kloch, dyrektor Muzeum w Rybniku, który pochodzi z tych okolic.
Wiadomość o napadzie Polaków na niemiecką strażnicę natychmiast poszła w świat. Oficjalna agencja prasowa Deutsches Nachrichtenbuero jeszcze tej samej nocy ogłosiła, że 31 sierpnia silnie uzbrojone polskie grupy wtargnęły na terytorium niemieckie. Zginęli obrońcy niemieckich placówek: radiostacji w Gliwicach i komory celnej w Stodołach (Hochlinden).
1 września 1939 Hitler mógł powiedzieć: "Polacy nie mają zamiaru respektować granic państwa niemieckiego. Aby położyć kres tym szaleństwom, nie pozostaje nic innego, jak na gwałt odpowiedzieć gwałtem". Wybuchła wojna.
Wspólny kryptonim
Dzisiaj Stodoły to jedna ze spokojniejszych dzielnic Rybnika, nadal otoczona lasami. Zachował się też nienaruszony budynek strażnicy, który odegrał tak ważną rolę w dziejach II wojny światowej. Nikt go jednak nie kojarzy z wojennymi wydarzeniami.
- Po wojnie o Stodołach prawie nie wspominano w publikacjach, informacje o tym oszustwie są rzadkością. Szkoda, bo to interesująca historia - stwierdza dr Kloch.
Co naprawdę wydarzyło się w Stodołach? Dzisiaj już wiadomo, że była to prowokacja przygotowana przez tych samych esesmanów, którzy kierowali napadem na gliwicką rozgłośnię. Obie akcje nosiły wspólny kryptonim "Tannenberg". Działaniami w Gliwicach miał kierować esesman Alfred Naujocks, jeden z najlepszych hitlerowskich specjalistów od spraw sabotażu i prowokacji. Odpowiednie przeszkolenie przeszedł też esesman Josef Grzimek, któremu powierzono napad na strażnicę.
Heydrich podał hasła: "Mały głuszec" był sygnałem dla dowódcy napadu na Stodoły, "Wielki głuszec" - wezwaniem do zajęcia pozycji wyjściowych, "Agata" - rozkazem rozpoczęcia akcji.
Trudne pytania
Do ataku na komorę celną w Stodołach i radiostację w Gliwicach doszło w tym samym czasie - w czwartek 31 sierpnia, około godz. 20. Gdy grupa esesmanów udających Polaków ostrzeliwała celników, inni Niemcy wdarli się do rozgłośni i nadali komunikat, że znalazła się w rękach polskich. Wydarzenia gliwickie przesłoniły jednak napad w Stodołach; to one stały się inspiracją dla pisarzy i reżyserów, chociaż akcja w podrybnickiej wsi jest równie godna uwagi.
Hitlerowcy mieli mało czasu na przygotowanie prowokacji na pograniczu polsko-niemieckim, zaledwie miesiąc. Mylili się w szczegółach. Nie sprawdzili, że rozgłośnia gliwicka nadaje program z Wrocławia i nie można nadawać bezpośrednio z wieży radiostacji. Ale czas naglił, Hitler chciał wojny. Pretekst do ataku wymyślił mu Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa SS.
Później władze III Rzeszy uznały, że prowokacje były jednak szyte zbyt grubymi nićmi. Potrzebne, ale tak głupie, że trudno w nie uwierzyć. Nikt nie zamierzał odpowiadać opinii międzynarodowej na trudne pytania. Na przykład - dlaczego trupy w Stodołach były w polskich mundurach, skoro napastnikami byli rzekomo powstańcy śląscy, którzy ich nie nosili? Kim byli zabici Niemcy, których wcześniej w Stodołach nikt nie widział, nie chronili przecież komory celnej?
Gestapo czuwało
Wymyślone przez Heydricha zadanie mieli wykonać esesmani, którzy znali język polski. Znaleziono 250 kandydatów, wszyscy trafili do tajnego ośrodka SS w Bernau pod Berlinem. O sprawie nie wolno było im rozmawiać pod groźbą kary śmierci.
- Heydrich powiedział mi, że dla zagranicznej prasy i niemieckiej propagandy potrzebny jest dowód agresywnego działania ze strony Polski - przyznał Naujocks dopiero w Norymberdze.
Operacją zainteresowało się też gestapo. Jego szef Heinrich Mueller zaproponował udział "konserw", czyli więźniów przywiezionych z obozów koncentracyjnych i aresztów, którzy mieli zginąć na miejscu wydarzeń. W największej tajemnicy wyznaczono kilkanaście osób. Szef gestapo podkreślał, że "trupy muszą być świeże".
Udało się ustalić, że martwy mężczyzna, którego pozostawiono w gliwickiej radiostacji, to Franciszek Honiok ze wsi Łubie pod Gliwicami, powstaniec śląski, aresztowany 30 sierpnia. Zginął od strzału w głowę. Nie wiadomo do dzisiaj, kim byli mężczyźni, których znaleziono w Stodołach.
Naujocks twierdził, że gestapo nie uprzedziło go o "konserwach", dlatego był zaskoczony ciałem Honioka, leżącym przy budynku rozgłośni. Film produkcji NRD z 1961 roku oparty na wydarzeniach w radiostacji "Sprawa Gliwic" pokazuje jednak, jak Naujocks dobija zbędnego świadka. Esesman nigdy się do tego nie przyznał.
Prowokatorzy w Stodołach również nie kryli zaskoczenia na widok tak licznych ofiar. Nikt z grupy Grzimka nie zginął, nie zabijano też strażników. Skąd więc tyle trupów? Wiadomo już, że zajęło się tym gestapo, które czuwało nad całą akcją. Ciężarówkami z wygaszonymi światłami dowieziono oszołomionych zastrzykami więźniów do Stodół i tam zastrzelono.
Musi być odwet
Niemcy podnieśli krzyk - polscy szaleńcy wtargnęli na ziemie niemieckie. Na całą Rzeszę z Wrocławia nadawał wiadomość niejaki Teofilek, czyli hitlerowiec Hans Hamman. Pierwszy rozgłosił, że Polacy dokonali ataku na strażnicę niemiecką pod wioską Stodoły i żądał odwetu.
Grzimek po wojnie trafił do rzeszowskiego więzienia; przyznał się do ataku na Stodoły. Potwierdził, co zeznawał Naujocks. Władcy III Rzeszy nie chcieli jednak wracać do sprawy, która spełniła swoją rolę, a teraz ich ośmieszała. I być może o prowokacjach na pograniczu polsko-niemieckim nikt by nie pamiętał, gdyby nie Hermann Goering.
To on ogłosił w rozmowie ze szwedzkim przemysłowcem, który kontaktował się z rządem Wielkiej Brytanii, że właśnie napaść na radiostację w Gliwicach była bezpośrednią przyczyną ataku na Polskę. Wywiad brytyjski zainteresował się tym napadem i ujawniono prawdę. Odtąd gliwicka radiostacja zyskała ponurą sławę miejsca, które zmieniło losy świata.
Powinna dzielić ją ze Stodołami, ale historycy długo nie potrafili nawet umiejscowić tej wsi na mapie. Tylko niemiecki Instytut Wiedzy o Zagranicy w 1940 roku podał prawidłowo, że miejscowość ze strażnicą, na którą napadli Polacy, znajduje się w powiecie raciborskim, na trasie Rybnik-Chwałowice-Rudy.
Dobro i zło
W Stodołach początek wojny był fatalny i koniec również. W 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej rozstrzelali tutaj dziesięciu zwykłych mieszkańców.
Tu zaczęło się zło, ale dzielnica woli pamiętać o tym, co dobre. W budynku niedaleko przeklętej strażnicy jest dom, w którym mieszkał Karol Wojtyła. Młody ksiądz odwiedzał w Stodołach swoją ciotkę Stefanię Wojtyłę, nauczycielkę polskiego. Znał historię wsi. Podobno często spacerował po lasach, a gdy wracał, długo się modlił, leżał krzyżem. Tablica w Stodołach upamiętnia jego modlitwę.
 

Grażyna Kuźnik

do góry

Przepraszamy - strona w budowie


 

                                                                                                                                           powrót do góry